wow

Bądź na bieżąco!

Jeśli chcesz być informowana/y o nowych rozdziałach kliknij przycisk znajdujący się obok!

Cudowne życie - rozdział 17

Kiedy Wang Shuxiu odebrała telefon od Lu Lingxi i w pośpiechu wróciła do domu, zastała Lu Yishui siedzącego w salonie i zawodzącego, skulonego nad zranioną nogą, a naprzeciwko niego siedział nastroszony, wielki, czarny pies, który nie spuszczał z niego wzroku.

— Co tu się dzieje?! — rzuciła, jeszcze stojąc w progu. Gdy tylko usłyszała, że Lu Yishui pojawił się w domu, natychmiast się rozłączyła, wezwała taksówkę i wróciła, bo bała się, że Lu Lingxi będzie musiał mierzyć się z tym sam. Nadal nie wiedziała, co dokładnie zaszło.

Lu Lingxi opowiedział, że Lu Yishui nie wszedł przez drzwi wejściowe, tylko próbował przedostać się przez ogrodzenie od strony podwórka — i wtedy został ugryziony przez Daheia. Po wszystkim chłopak odruchowo pogłaskał psa po głowie, obawiając się, że Wang Shuxiu będzie na niego zła.

Lu Yishui stęknął i warknął:
— Ty gówniarzu, wydoroślałeś, co? Pozwalasz psu gryźć własnego ojca?! Zabierz ode mnie tego psa, no już!

Wang Shuxiu wysłuchała relacji Lu Lingxi i prychnęła z pogardą:
— Dobrze ci tak! — Lu Lingxi nie wiedział, czemu Lu Yishui nie przyszedł normalnie, głównym wejściem, ale ona doskonale to rozumiała. Po prostu bał się, że ludzie Brata Fenga go zauważą, więc zakradał się jak złodziej.

Zanim Lu Yishui zdążył rozwinąć swoje jęki i narzekania, Wang Shuxiu przecięła je ostrym pytaniem:

— A ty po co tu w ogóle przylazłeś?

Lu Yishui podniósł się nieco.
— To mój dom, nie mogę wrócić do siebie? — Gdy tylko zauważył, że Wang Shuxiu zaczyna się gotować ze złości, natychmiast zmienił ton na błagalny:
— Xiaohua, przyrzekam, że się pomyliłem. Naprawdę zrozumiałem swój błąd, tym razem na serio. Już nigdy nie zagram, przysięgam, jeśli zagram, niech mnie szlag trafi. Brat Feng mnie zabije, mówię ci! Powiedział, że jeśli nie spłacę długu, wyśle mnie na roboty do kopalni na północnym zachodzie. Xiaohua, naprawdę chcesz, żebym tak skończył? Byliśmy kiedyś małżeństwem, Xiaohua, błagam, uratuj mnie jeszcze ten jeden raz…

W odpowiedzi Wang Shuxiu wybuchła zimnym śmiechem:
— Jeśli jeszcze raz zagrasz, to niech cię szlag trafi? Już setki razy słyszałam te brednie. Brat Feng powinien cię był dawno wysłać do tej kopalni, żebyś się w końcu od nas odczepił i przestał przysparzać kłopotów. Mówię ci, Lu Yishui, daruj sobie. Nie dostaniesz ode mnie ani grosza. I więcej — rozwodzę się z tobą.

Wang Shuxiu wcześniej nie występowała o rozwód tylko ze względu na Lu Lingxi. Ale tym razem chłopak był tak ciężko ranny, że o mało nie stracił życia, a Lu Yishui w tym czasie siedział przy karcianym stoliku i nawet nie racząc się pokazać. Dla Wang Shuxiu to był ostateczny cios — poczuła, że nie ma już do czego wracać. Nawet jeśli Lu Lingxi odzyska pamięć i później zrobi jej awanturę, to i tak tym razem była zdecydowana na rozwód.

Gdy tylko wspomniała o rozwodzie, Lu Yishui natychmiast wybuchł.

— Jaki rozwód?! Kto chce się z tobą rozwodzić?! A ty gówniarzu, chcesz patrzeć, jak ta rodzina się rozpada?!

To zdanie było jednym z ulubionych „złotych tekstów” Lu Yishui. Może dlatego, że zbyt często opowiadał Lu Lingxi o tym, jak ciężko mu było dorastać bez ojca, chłopak był bardzo wrażliwy na temat rozwodu. Za każdym razem, gdy Wang Shuxiu o nim wspominała, Lu Lingxi z całych sił się temu sprzeciwiał. Lu Yishui przywykł do wykorzystywania go jako swojej tarczy i sojusznika — zapomniał tylko, że obecny Lu Lingxi to już nie ten sam chłopiec co dawniej.

Kiedy rozmowa zeszła na niego, Lu Lingxi spojrzał poważnie na Wang Shuxiu i powiedział:

— Mamo, jeśli chcesz się rozwieść, to zrób to. W przyszłości ja się tobą zaopiekuję.

Choć Lu Yishui był ojcem tego ciała, Lu Lingxi po przebudzeniu widział go zaledwie trzy razy — i za każdym razem jego opinia o nim tylko się pogarszała. Nie czuł do Lu Yishui żadnych emocji. Nie wiedział, jak w tej sytuacji zachowałby się jego poprzednik, ale teraz to on był Lu Lingxi — i to dobro Wang Shuxiu leżało mu na sercu. Chciał, by mogła wyrwać się z takiego życia.

— Ty gówniarzu, ja ci dam… — warknął Lu Yishui, rzucając się, by uderzyć Lu Lingxi.

Ledwo się podniósł, Dahei natychmiast wyprostował się i zawarczał nisko. Ten dźwięk obudził w Lu Yishuiu przykre wspomnienia, a przez jego twarz przemknął cień strachu — w końcu usiadł z powrotem z niechętną miną.

— Rozwód to rozwód, ale… — powiedział chytrze, z błyskiem w oku. — Xiaohua, sprzedaj dom i spłać Brata Fenga, a wtedy rozwiodę się bez gadania.

— Phi, dobre sobie! — warknęła Wang Shuxiu, wściekła. — Ten dom należy do mojego syna. Lu Yishui, nawet nie próbuj o nim myśleć!

— To się nie rozwiodę! — prychnął z pogardą Lu Yishui.

Wang Shuxiu aż zaniemówiła z wściekłości. Rozejrzała się gorączkowo, szukając czegoś, czym mogłaby go walnąć, ale gdy tylko obróciła głowę i zobaczyła Daheia, bez wahania wskazała na Lu Yishuia i powiedziała:

— Ugryź go!

Dahei zrozumiał słowa Wang Shuxiu, otrzepał sierść i powoli się podniósł.

— Wang Xiaohua, nie przeginaj… hej, hej! Ty parszywy psie, nie podchodź!…

Lu Yishui nie wierzył, że Wang Shuxiu mówi poważnie — ale Dahei owszem. W jednej chwili Lu Yishui zapomniał o wszystkim. Ciągnąc za sobą zranioną nogę, otworzył drzwi i wybiegł z domu. Dahei powoli podszedł do progu, zaszczekał i usłyszał z zewnątrz jęk: „Ała!” — najwyraźniej Lu Yishui wpadł na coś w ciemności.

Po tym jak nastraszył Lu Yishuia, Dahei spokojnie wrócił do środka i usiadł przy nogach Lu Lingxi.

Lu Lingxi: — ………

Wang Shuxiu była wściekła, ale na widok tej sceny nie mogła powstrzymać śmiechu.
— To ten pies, którego mówiłeś, że chcesz zatrzymać? — zapytała, zamykając drzwi.

Lu Lingxi nerwowo skinął głową.

Wang Shuxiu wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale w końcu tylko machnęła ręką.
— Daj spokój. Myślałam, że chcesz wychować jakiegoś szczeniaka, takiego jak pekińczyk. A tu takie bydlę. No dobra, za to że pogryzł tamtego drania, niech sobie będzie duży.

Lu Lingxi odetchnął z ulgą, pogłaskał Daheia po głowie i pochwalił:
— Dahei jest bardzo mądry, posłuszny i pojętny. Wiele osób go lubi. Nawet były osoby, które chciały go adoptować.

Wang Shuxiu spojrzała na niego z dziwnym wyrazem twarzy. Bezpański pies, i ktoś niby chciał go adoptować? Ten bachor nawet porządnie kłamać nie umie. Nie wierzyła mu ani trochę, ale udała, że wierzy i rzuciła od niechcenia:

— Dobra, dobra, niech ci będzie. Jak on się nazywał? Aha, Dahei. Dahei to dobry pies.

Lu Lingxi wyczuł, że jej słowa są trochę na odczepnego, i zrobiło mu się przykro w imieniu Daheia. Pomyślał o Yan Yue. Przecież naprawdę były osoby, które lubiły Daheia — Yan Yue go lubił. Yan Yue sam chciał go adoptować, codziennie przychodził, żeby się z nim zobaczyć.

— Dobra, dobra, idź spać — przerwała mu Wang Shuxiu. Wzięła tego dnia wolne, żeby wrócić do domu, więc nie zamierzała już iść z powrotem do pracy. Widząc, że jest późno i że ten mały łobuz znowu zacznie wychwalać Daheia, szybko pogoniła Lu Lingxi do łóżka.

Lu Lingxi wciąż czuł niepokój z powodu długów hazardowych Lu Yishui. Przypomniał sobie mężczyznę, którego wtedy nazywano Bratem Fengiem. Martwił się, że jeśli Lu Yishui nie spłaci długu, Brat Feng przyjdzie robić problemy Wang Shuxiu.

Wang Shuxiu machnęła ręką:
— Nie martw się. Brat Feng to w porządku facet, nie taki, co wchodzi z butami w cudze życie. Zajmie się tylko Lu Yishui, nie będzie mieszał w to rodziny. A skąd Lu Yishui weźmie kasę, to już mnie nie interesuje.

Lu Lingxi nieco się uspokoił i ruszył w stronę pokoju, szykując się do snu. Dahei ruszył za nim bez chwili zawahania, nie zamierzając wracać na podwórko.

Lu Lingxi uśmiechnął się i podrapał go pod brodą.
— Chcesz spać ze mną?

Dahei przymknął oczy z zadowoleniem i zwinięty w kłębek ułożył się przy wezgłowiu łóżka Lu Lingxi.

Po porządnie przespanej nocy, kiedy następnego dnia Lu Lingxi szykował się do pracy, Wang Shuxiu uparła się, by zabrał Dahei ze sobą. Znała dobrze Lu Yishui — ten stary drań z pewnością się nie podda. Wciąż miał nadzieję na dom i najpewniej gdzieś czaił się w pobliżu, czekając na okazję. Wang Shuxiu powiedziała do Daheia z goryczą:

— Pamiętasz tego gnoja z wczoraj? Jak go znów zobaczysz, to gryź. Bez ceregieli.

Lu Lingxi: — ………

Człowiek i pies razem ruszyli do Tiny Garden. Dahei wyglądał na bardzo zadowolonego z pobytu w sklepie, ale za nic nie chciał wejść do sklepu zoologicznego po drugiej stronie ulicy, bez względu na to, jak bardzo Lu Lingxi próbował go namówić. Na szczęście nie szczekał ani nie robił kłopotów — po prostu zwijał się pod wiklinowym krzesłem przy wejściu i spał. Niektórzy klienci nawet nie zauważali, że w sklepie był pies. Czasem, gdy ktoś próbował go pogłaskać, Dahei nawet nie podnosił powiek, tylko przekręcał się w drugą stronę i spał dalej.

W ostatnim czasie interesy Tiny Garden kwitły, głównie dzięki intensywnej reklamie Lao Han. Lu Lingxi był zajęty przez całe przedpołudnie i kiedy zrobiło się trochę spokojniej, planował zabrać Dahei do sklepu zoologicznego na lunch — właśnie wtedy do środka wszedł ktoś nowy.

— Przepraszam…

— Dziadek Su? — Lu Lingxi odwrócił się z lekkim zaskoczeniem. Klientem przy drzwiach był dziadek Su Langa, Su Weizheng. Kiedy Lu Lingxi leżał w szpitalu, Su Weizheng odwiedził go kilka razy.

— Xiao Xi, co ty tu robisz? — zapytał zaskoczony Su Weizheng.

— Pracuję tutaj — wyjaśnił Lu Lingxi.

— Ach tak — Su Weizheng pokiwał głową z uśmiechem. — To ty jesteś tym młodym, zdolnym chłopakiem, o którym wszyscy mówią.

Lu Lingxi poczuł ukłucie zakłopotania. Gdy po raz pierwszy podlewał złotego epipremnum w szpitalu, nie miał zielonego pojęcia, co robić — to Su Lang pokazał mu, jak się do tego zabrać. A teraz, po zaledwie kilku dniach, wszyscy mówili o nim jak o jakimś ekspercie. Czy dziadek Su nie uzna tego za podejrzane?

Serce zaczęło mu szybciej bić, ale Su Weizheng niczego się nie domyślał. Z uśmiechem pokazał kwiat, który trzymał w dłoniach.

— Xiao Xi, możesz na to spojrzeć? Coś jest nie tak. Roślina cały czas wypuszcza liście, ale nie chce zakwitnąć.

Chodziło o fiołka afrykańskiego, którego przyniósł. Su Weizheng wyjaśnił:

— Jeden z moich byłych uczniów podarował mi tę doniczkę jakiś czas temu. Rośnie świetnie, liście zdrowe, a uczeń mówił, że lada dzień zakwitnie. Ale zbliża się jesień, a kwiatów ani śladu. Nie wiem, co jest grane.

Kiedy w grę wchodziły rośliny, Lu Lingxi natychmiast odsunął na bok wszystkie mętne myśli. Spojrzał na fiołka i przed jego oczami pojawił się znajomy biały panel:

Nazwa rośliny: Fiołek (Saintpaulia)
Potrzeby rośliny: Wymaga przechłodzenia (proces wernalizacji)
Witalność rośliny: Wysoka

Termin „wernalizacja” pierwotnie odnosił się do poddawania kiełkujących nasion działaniu niskich temperatur przez określony czas, aby pobudzić tworzenie się pąków kwiatowych. Nazywano to wernalizacją, ponieważ chłód zwiastował nadejście wiosny. Z czasem pojęcie to zaczęto odnosić nie tylko do nasion, ale także do roślin w okresie wegetacji, by przyspieszyć ich kwitnienie.

Doniczka fiołków przed nimi należała do roślin wieloletnich. Uczeń, który podarował ją Su Weizhengowi, najwyraźniej nie wiedział, że roślina nie przeszła etapu chłodzenia.

Lu Lingxi, który od pewnego czasu intensywnie uczył się o kwiatach, postarał się wyjaśnić wszystko jak najprościej. Su Weizheng zrozumiał bez problemu.

— I co teraz powinienem zrobić? — zapytał.

Kwitnienie fiołków było silnie uzależnione od temperatury, ale istniało wiele sposobów, by sztucznie wpłynąć na ten proces. Lu Lingxi szczegółowo wyjaśnił, co można zrobić — decyzja należała już do Su Weizheng.

Odkąd przeszedł na emeryturę, Su Weizheng z przyjemnością zajmował się kwiatami i roślinami. Często spotykał się z innymi starszymi osobami, by wspólnie o nich rozmawiać. Rzadko trafiał mu się tak młody rozmówca jak Lu Lingxi. Chłopak miał przyjemny głos, a gdy mówił o kwiatach, jego twarz łagodniała i promieniała spokojem. Su Weizheng już wcześniej miał o nim dobre zdanie, a teraz, widząc go w takim wydaniu, polubił go jeszcze bardziej — wręcz miał ochotę mieć go za wnuka.

Starszy mężczyzna i młody chłopak rozmawiali serdecznie, a Su Weizheng był tak zadowolony, że zaprosił Lu Lingxi, by poszedł z nim nazajutrz rano na targ kwiatowy.

— Xiao Xi, posłuchaj mnie. Targ kwiatowy nie jest daleko stąd, zaraz przy rzece za tamtym blokiem. Latem otwierają już o szóstej rano i można tam znaleźć przeróżne kwiaty. Naprawdę warto się przejść, Xiao Xi.

Słowa Su Weizheng poruszyły Lu Lingxi. Pomyślał, że jeśli pójdzie tam o szóstej, to spokojnie zdąży wrócić przed dziewiątą.

— W porządku, dziadku Su. Proszę tylko powiedzieć, gdzie i o której, a ja się pojawię.

— Zróbmy tak: jutro rano o szóstej, spotkamy się na rogu tej ulicy.

Lu Lingxi skinął głową.
— Nie ma sprawy.

Staruszek odszedł zadowolony, trzymając swoją doniczkę z fiołkiem, a Lu Lingxi zawołał Dahei:

— No, chodź, chodź, idziemy coś zjeść.

Dahei poruszył ogonem i podniósł się, ale gdy tylko wyszli na zewnątrz, nagle się zatrzymał, szczerząc zęby w lewo i warcząc cicho.

— Co się dzieje? — zapytał Lu Lingxi, patrząc w kierunku, na który Dahei zwrócił uwagę. Mały biały pekińczyk drżał ze strachu i kurczowo trzymał się nogi swojego właściciela, nie chcąc ruszyć się z miejsca.

Lu Lingxi westchnął i pstryknął palcem w łeb Daheia.
— Znowu straszysz inne psy?

Dahei poruszył ogonem, poskarżył się cichym piskiem i posłusznie ruszył za Lu Lingxi.

Na skrzyżowaniu po lewej stronie Lu Yishui otarł pot z czoła. O mało co ten cholerny pies go nie zauważył. Wspomnienie o Daheiu natychmiast przywołało ból w nodze — rana po wczorajszym ugryzieniu wciąż się nie zagoiła. „Tylko czekaj,” pomyślał z nienawiścią, „jak mi się uda dorwać tego psa, to sprzedam go do restauracji z hot-potem.”

Dziś jednak nie miał wyboru — pies był z tym małym bachorem, więc Lu Yishui nie odważył się pokazać. Utykając, już miał odchodzić, gdy kątem oka dostrzegł znajomy samochód zaparkowany niedaleko. Jego oczy nagle rozbłysły i w głowie pojawił się pomysł.

Cattuccino

Wasze wsparcie sprawia, że mogę dalej poświęcać czas i energię na tłumaczenie opowiadań, które tak lubicie. Każdy gest, nawet najmniejszy, pomaga mi utrzymać stronę i rozwijać się w tym, co kocham robić. Jeśli doceniacie moją pracę i chcielibyście wesprzeć mnie w dalszym tworzeniu, serdecznie zapraszam do wpłacenia datku przez Ko-fi. Dzięki Wam mogę dostarczać kolejne rozdziały!

Dziękuję za Waszą życzliwość i wsparcie!

Dodaj komentarz