
Bądź na bieżąco!
Jeśli chcesz być informowana/y o nowych rozdziałach kliknij przycisk znajdujący się obok!
Cudowne życie - rozdział 18
Słowo od tłumacza:
Dziękuję serdecznie za ko-fi „Aga61”. Specjalnie dla Ciebie już dziś kolejne trzy rozdziały opowiadań i oto piwerwszy z nich 🙂 Dziękuję!!!
Miejsce, w którym Yan Yue zaparkował samochód, znajdowało się niedaleko Tiny Garden. Wystarczyło skręcić w lewo, by znaleźć się na ulicy, przy której mieścił się sklepik.
Nie minęło wiele czasu, odkąd ostatni raz tu był, lecz teraz, gdy nie miał już wymówki w postaci Dahei, musiał znaleźć nowy pretekst, by znów pojawić się przed Lu Lingxi.
Letnie słońce paliło niemiłosiernie, sprawiając, że asfalt pod stopami zdawał się topnieć. Przechodnie, którzy przemykali w żarze dnia, wyglądali na wycieńczonych, a gdy mijali samochód Yan Yue, niektórzy zerkali w jego stronę z zaciekawieniem.
Wewnątrz auta działała klimatyzacja, lecz Yan Yue czuł się bardziej rozpalony niż ludzie na zewnątrz. To gorąco nie miało jednak nic wspólnego z temperaturą. Płynęło z samego wnętrza — z pragnienia, które rozgościło się w nim głęboko, nieustępliwe i coraz silniejsze. Chciał natychmiast pojawić się przed chłopakiem, zobaczyć go, usłyszeć jego głos, poczuć jego obecność… Ale obawiał się, jak Lu Lingxi zareaguje. Do tej pory codziennie w porze lunchu pojawiał się w sklepie pod pretekstem odwiedzin u Daheia. Chłopak miał w sobie kojącą aurę — czystą i spokojną — a jego szczery, promienny uśmiech potrafił rozwiać burzę myśli kłębiących się w sercu Yan Yue niczym wiatr uspokajający wzburzone morze.
Teraz, gdy to codzienne przyzwyczajenie zostało przerwane, Yan Yue czuł się tak, jakby utracił coś niezwykle ważnego. Był jak spragniony wędrowiec na pustyni, który za wszelką cenę pragnie dotrzeć do źródła — jedynego, które może go ocalić.
Delikatnie stukając palcami w kierownicę, nacisnął pedał gazu. Postanowił pojechać do sklepu zoologicznego po karmę dla tego durnego psa — pod pozorem opieki — i przy okazji znów spotkać się z chłopakiem.
Samochód dopiero ruszył, gdy nagle jakiś mężczyzna zatoczył się i runął na maskę, po czym zwalił się na ziemię.
— Zabił człowieka! — krzyknął ktoś, a jego głos padł jak kropla w rozgrzany olej. Przechodnie, dotąd zmęczeni i ospali, nagle ożywili się, tłumnie gromadząc się wokół pojazdu.
Twarz Yan Yue natychmiast pociemniała. Nacisnął ostro na hamulec i wysiadł z samochodu, wyraźnie wzburzony. Jeśli dobrze widział, ten człowiek rzucił się na auto celowo. Trudno było nie pomyśleć o tak zwanym „uderzeniu w porcelanę” — oszustwie polegającym na upozorowaniu wypadku, by wyłudzić pieniądze.
Z chłodnym wyrazem twarzy spojrzał na leżącego na ziemi mężczyznę. Jego wzrok był twardy jak stal.
— Zawieźć cię do szpitala? — zapytał bez cienia emocji.
Leżącym na ziemi człowiekiem był nie kto inny, jak Lu Yishui. Jednym okiem obserwował, jak Yan Yue wysiada z auta. Na jego twarzy od razu pojawił się grymas bólu, a rękami objął głowę, jęcząc dramatycznie:
— Dlaczego jeszcze żyję…?
Z tłumu stojącego przy chodniku ktoś wtrącił z oburzeniem:
— Co pan wygaduje? Czemu miałby pan umrzeć, skoro nic panu nie jest?
Lu Yishui z impetem uderzył głową o maskę samochodu Yan Yue i wykrzyknął dramatycznie:
— Nie jestem wart nawet miana człowieka! Zraniłem swoją żonę, skrzywdziłem własne dziecko! Przepuściłem wszystkie nasze pieniądze… Nie mam twarzy, by dalej żyć!
Ledwie te słowa padły, a wśród zgromadzonych rozległ się szmer oburzonych głosów. Do tej pory traktowali wszystko jako widowisko, lecz teraz zaczęli szeptać z naganą.
— A jak pan umrze, to co z pana żoną i dzieckiem?
— No właśnie! Co to za facet, który nie potrafi wziąć odpowiedzialności? Sam się poddajesz, a ich zostawiasz na pastwę losu?
Wśród tych pełnych nagany głosów, Lu Yishui ukradkiem zerknął na Yan Yue’a i zasłonił twarz, przybierając skruszoną minę.
— Jestem nikim… Nie mam pieniędzy… Roztrwoniłem wszystko, co było odłożone na naukę mojego syna. Ma dopiero osiemnaście lat, a już musi pracować w sklepie ogrodniczym! — zawiesił głos, jakby nie potrafił mówić dalej, po czym zadrżał i dodał łamiącym się tonem: — Xiao Xi… Synku… Tatuś cię przeprasza.
Sklep ogrodniczy? Xiao Xi?
Te dwa słowa wystarczyły, by przyciągnąć uwagę Yan Yue. Spojrzał na leżącego mężczyznę chłodno i uważnie. Dla tłumu jego utyskiwania i teatralne uderzanie głową o maskę samochodu były może groteskowym spektaklem, ale dla Yan Yue było jasne, że to wszystko ma podwójne dno.
Nie miał wątpliwości co do prawdziwości słów Lu Yishui — widział w nim typową postać drobnego kombinatora i nałogowego hazardzisty, który potrafi grać rolę ofiary z wprawą godną zawodowego aktora. Ale czego się nie spodziewał, to że ojcem tego cudownego, czystego chłopaka, Lu Lingxi, mógł być właśnie taki człowiek.
Jeszcze chwilę wcześniej incydent z potrąceniem wydawał się podejrzany — wyglądało to na klasyczne „rzucenie się pod samochód” w nadziei na wyłudzenie odszkodowania. Ale teraz Yan Yue niemal z pewnością odgadł, co ten człowiek planuje. Może wiedział, że Yan Yue zna Lu Lingxi, a może tylko zgadywał — ale to nie miało już znaczenia.
Jedno było pewne: nie powinien był używać imienia Lu Lingxi jako narzędzia w swoim oszustwie. Bo jeśli dziś zrobił to raz, zrobi to i drugi, i trzeci… A potem jeszcze nie raz. I za każdym razem to chłopak miałby płacić za jego brudne gierki.
Yan Yue stłumił obrzydzenie, które pojawiło się w jego oczach.
— Jesteś ojcem Lu Lingxi?
Lu Yishui aż rozjaśniał na twarzy — a więc jednak ten mężczyzna znał Lu Lingxi! Spojrzał na Yan Yue z udawanym zaskoczeniem:
— Zna pan mojego syna? On…
Yan Yue przerwał mu chłodno:
— Xiao Xi to mój przyjaciel. Najpierw zawiozę cię do szpitala.
Sama obecność tylu gapiów już wystarczająco działała mu na nerwy, a fakt, że cała ta scena rozgrywała się tak blisko Tiny Garden, tylko pogarszał sprawę. Nie chciał, by Lu Lingxi został w to wciągnięty.
Lu Yishui z trudem się podniósł, krzywiąc się teatralnie, po czym z wdzięcznym skinieniem głowy odparł:
— Nie trzeba, to naprawdę nic takiego…
— Wsiadaj. — Yan Yue ponownie wszedł mu w słowo i pierwszy zajął miejsce w samochodzie.
Lu Yishui, ledwie tłumiąc triumf, ostrożnie wślizgnął się do środka. Nigdy wcześniej nie siedział w tak eleganckim aucie, a przez krótką chwilę czuł się wręcz onieśmielony. Ale szybko otrząsnął się z wrażenia. Przecież Brat Feng w każdej chwili mógł doprowadzić go do śmierci. Teraz i tak nie miał nic do stracenia. Skoro nadarzyła się okazja — może uda się wyłudzić choć trochę pieniędzy od tego frajera?
W końcu miał po swojej stronie Lu Lingxi — a między ojcem a synem naturalnie dzieli się wszystko, nawet długi. A jeśli się nie uda? Trudno, co najwyżej straci resztki godności. Ale co to dziś znaczy? Godność nie opłaca rachunków.
Z tą myślą, przez całą drogę do szpitala Lu Yishui odgrywał rolę człowieka, który popełnił życiowy błąd i teraz żałuje, próbując jakoś to wszystko naprawić. Opowiadał z żałosną miną, jak żona chce się z nim rozwieść, jak syn nie chce nawet na niego spojrzeć. Jak został zupełnie sam i zdesperowany, aż w końcu pomyślał o samobójstwie. Że może, jeśli odejdzie, jego rodzina coś zyska. Że może to będzie ostatnia rzecz, jaką zrobi dobrze — umrzeć i zostawić coś po sobie.
Opowiadając to wszystko, rzucił Yan Yue niepewne spojrzenie i dodał:
— Przepraszam… Nie wiedziałem, że jest pan przyjacielem Xiao Xi, ja tylko…
Na twarzy Yan Yue pojawił się ledwie uchwytny cień drwiny, a jego głos był lodowaty:
— Czy przed chwilą powiedziałeś, że Xiao Xi chce, byś rozwiódł się z jego matką?
Lu Yishui nie miał pojęcia, co zamierza Yan Yue, więc skinął głową ostrożnie, jakby bojąc się powiedzieć za dużo.
W tym momencie Yan Yue gwałtownie nacisnął hamulec. Nieprzygotowany Lu Yishui poleciał do przodu i uderzył z impetem w oparcie fotela przed sobą.
— Ty… — wydusił, z trudem łapiąc oddech po bolesnym zderzeniu.
Twarz Yan Yue pozostała niewzruszona. Odwrócił się powoli, a jego spojrzenie, lodowate i ostre jak ostrze noża, spłynęło po Lu Yishuiu niczym cień. W tym spojrzeniu było coś, co przeniknęło go aż do szpiku kości — jakby wszystkie jego mętne myśli zostały właśnie rozebrane na czynniki pierwsze.
— Spłacę długi, które zaciągnąłeś. Ale ty rozwiedziesz się z matką Xiao Xi. — powiedział zimno, niemal bezemocjonalnie.
Lu Yishui spojrzał na niego zdumiony. Nie rozumiał nic. Ani intencji, ani logiki — wszystko zdawało się wymykać jego pojmowaniu.
Yan Yue nie zamierzał jednak niczego tłumaczyć. Jego ton był równie chłodny jak wcześniej, gdy dodał:
— Jutro, o tej samej porze, na tym samym rogu ulicy — przyniesiesz akt rozwodowy. W zamian dostaniesz pieniądze.
— Naprawdę?… — wymamrotał Lu Yishui z niedowierzaniem.
Yan Yue otworzył drzwi po swojej stronie, jakby nie zamierzał już stracić ani sekundy na dalszą rozmowę.
— Wysiadaj.
Lu Yishui, wciąż oszołomiony, wysiadł z samochodu. To, co właśnie się wydarzyło, całkowicie wywróciło jego wyobrażenie o tej sytuacji. Nie zdążył nawet zagrać swojej ostatniej karty rozpaczy, a wszystko poszło szybciej i łatwiej, niż mógł sobie wymarzyć.
Ale niepokój nie odpuszczał. Coś mu tu nie pasowało. Warunek, który postawił ten młody człowiek — rozwód z Wang Xiaohua w zamian za spłatę długów — miał w sobie coś dziwnego. Jaki związek miały jego małżeńskie papiery z pieniędzmi? Czyżby…
Pierwsza myśl, jaka przyszła Lu Yishuiowi do głowy, była oczywista — że może Wang Xiaohua znalazła sobie innego, a ten tu młodzieniec jest właśnie nim. Ale… nie, pomyślał zaraz. Ten człowiek nie wyglądał jak ktoś, kogo mogłaby interesować Wang Xiaohua. Więc o co naprawdę chodziło?
Choć serce wciąż tłukło mu się w piersi z niepokoju, jedno było pewne — taka okazja mogła się nie powtórzyć. Rozwód? Phi. To tylko papier. Nawet jeśli się rozwiedzie, Wang Xiaohua i tak pozostanie jego żoną, a Lu Lingxi — jego synem. Prędzej czy później i tak będą musieli mu pomagać na starość. Co się więc stanie, jeśli dziś się rozwiedzie? Jutro, gdyby zaszła taka potrzeba, mogą się przecież z powrotem pobrać w piętnaście minut.
Z tą myślą, Lu Yishui rzucił się na najbliższy postój taksówek, nie tracąc czasu. Musiał to załatwić jeszcze dziś.
Zaledwie chwilę po tym, jak Lu Yishui zniknął z pola widzenia, Yan Yue wyciągnął telefon i wybrał numer Ye Kanga.
— Czy Ye Sange jest teraz w Fengcheng? Potrzebuję, żebyś kogoś dla mnie sprawdził.
Nie dając Ye Kangowi czasu na pytania, Yan Yue zakończył połączenie, po czym przesłał wiadomość z imieniem, nazwiskiem i adresem Lu Yishuia. Wiedział, że z zasobami i wpływami Ye Sange, odpowiedzi uzyska jeszcze tego samego wieczoru.
Yan Yue widział już w życiu wielu takich ludzi jak Lu Yishui — przegranych hazardzistów, którzy dla pieniędzy byli gotowi na wszystko. Związek z taką osobą prowadził tylko do jednego: utraty majątku i rozbicia rodziny. A kiedy pomyślał o Lu Lingxi — tym czystym, łagodnym chłopaku — poczuł narastające rozdrażnienie. Ten chłopak nigdy nie powinien był mieć takiego ojca.
Tymczasem, zupełnie nieświadomy wydarzeń po drugiej stronie ulicy, Lu Lingxi jak co dzień pochłonięty był pracą. Pielęgnował kwiaty, obsługiwał klientów, a gdy w sklepie panował spokój, sięgał po książki. Czas mijał szybko i zbliżała się pora zamknięcia.
W ciągu dnia zadzwoniła Wang Shuxiu. Głos miała nieco zdziwiony, a w tonie pobrzmiewało coś na kształt ostrożnego niedowierzania.
— Lu Yishui nagle zgodził się na rozwód, — powiedziała. — Jesteśmy właśnie w Urzędzie Spraw Cywilnych.
Zanim Lu Lingxi zdążył zapytać cokolwiek, Wang Shuxiu sama dodała:
— Sama nie mogę w to uwierzyć. Stary drań chyba wreszcie poszedł po rozum do głowy? Nie zażądał niczego. Ani słowa o mieszkaniu nie powiedział.
Choć znała jego charakter zbyt dobrze, by tak po prostu mu zaufać, rozwód — jakkolwiek dziwny — nie mógł być fikcją. Postanowiła więc nie zmarnować okazji i czym prędzej doprowadzić sprawę do końca.
Lu Lingxi również uznał całą sytuację za podejrzaną, ale nie mógł powstrzymać ulgi. Jeżeli to oznaczało, że Wang Shuxiu wreszcie uwolni się od Lu Yishuia, to tylko się cieszył. W jej głosie słyszał niepewną radość, zmieszaną z oddechem ulgi — i to wystarczyło.
Bez ciężaru, jakim był Lu Yishui, teraz, gdy sam pracował i zarabiał, mogli z matką wreszcie złapać oddech. Może Wang Shuxiu w końcu rzuci nocne zmiany w KTV i znajdzie coś lżejszego. Miała przecież już swoje lata, a organizm nie znosił bezkarnie takiego trybu życia.
Zanim Lu Lingxi zdążył dokończyć swoją myśl, Wang Shuxiu przerwała mu oburzona:
— Ty mi tu nie mów, że jestem stara! Ta pani ma dopiero czterdziestkę! I wcale nie jestem taka znów wiekowa. Poza tym, oszczędzam pieniądze, żebyś miał za co się ożenić, ty mały draniu.
Lu Lingxi: „……”
— Dobra, dobra, wracaj dziś wcześniej. Rozwód z tym starym draniem to przecież nie byle co — ugotuję ci na kolację duszonego kurczaka na uczczenie tej chwili.
Lu Lingxi nie wiedział, czy się śmiać, czy płakać, więc jedynie przytaknął grzecznym „ok”. Wang Shuxiu, zadowolona z tej odpowiedzi, rozłączyła się w wyraźnie dobrym nastroju.
O siódmej wieczorem Lu Lingxi zamknął sklep, zabrał Daheia i ruszył w stronę domu. Dzień był długi i męczący, ale miał też dziwne wrażenie, że czegoś dziś zabrakło. Zamyślił się — po chwili zorientował się, że nie widział dziś ani razu Yana Yue. Przez ostatnie dni, gdy Dahei dochodził do siebie, Yan Yue pojawiał się regularnie w porze obiadowej, jakby stało się to dla niego rutyną.
Lu Lingxi poczuł lekkie ukłucie winy. Yan Yue naprawdę polubił Daheia — pewnie pomyślał, że zostawił go dzisiaj samego w domu. Głaszcząc Daheia po głowie, Lu Lingxi rzucił od niechcenia:
— Dahei, pamiętasz Yan Yue, prawda?
Pytanie padło mimochodem, ale pies nagle się zatrzymał. Stanął jak wryty, a potem odwrócił się i zawarczał cicho w kierunku, z którego przyszli.
Lu Lingxi również się odwrócił, ale przez dłuższą chwilę niczego nie dostrzegł. Reakcja Daheia była bardzo podobna do tej z dnia poprzedniego, choć mniej gwałtowna. Szkoda tylko, że Lu Lingxi nie potrafił zrozumieć psiego warczenia — nie miał pojęcia, co Dahei próbował mu przekazać.
— Nie gap się tam, bo jak nie przestaniesz, to nie dostaniesz dziś udka z kurczaka.
Magiczna moc kurczaka była silna — Dahei natychmiast się odwrócił i pociągnął Lu Lingxi za sobą, przechodząc do żwawego truchtu.
— Ej, poczekaj, zwolnij trochę! — Lu Lingxi nie mógł się powstrzymać i wybuchnął śmiechem, gdy został porwany do biegu.

Wasze wsparcie sprawia, że mogę dalej poświęcać czas i energię na tłumaczenie opowiadań, które tak lubicie. Każdy gest, nawet najmniejszy, pomaga mi utrzymać stronę i rozwijać się w tym, co kocham robić. Jeśli doceniacie moją pracę i chcielibyście wesprzeć mnie w dalszym tworzeniu, serdecznie zapraszam do wpłacenia datku przez Ko-fi. Dzięki Wam mogę dostarczać kolejne rozdziały!
Dziękuję za Waszą życzliwość i wsparcie!