
Bądź na bieżąco!
Jeśli chcesz być informowana/y o nowych rozdziałach kliknij przycisk znajdujący się obok!
Cudowne życie - rozdział 19
Słowo od tłumacza:
Dziękuję serdecznie za ko-fi „Aga61”. Specjalnie dla Ciebie już drugi z trzech dzisiejszych rozdziałów:) Dziękuję!!!
Wang Shuxiu wieczorem wypiła trochę rosołu i poszła do pracy, zostawiając całego duszonego kurczaka dla Lu Lingxi. Chłopak nie miał wielkiego apetytu — uszczknął tylko kawałek mięsa, a oba udka wylądowały w żołądku Daheia. Najedzony i napojony pies zmrużył oczy z zadowoleniem, po czym powędrował do małego ogródka za domem.
Pomidory, które Lu Lingxi posadził ledwie dwa tygodnie temu, zaczynały już owocować. Choć owoce były dopiero wielkości szklanych kulek do gry i wciąż zielone, chłopak był pod wrażeniem tempa ich wzrostu. Normalnie pomidory potrzebowały co najmniej dwóch–trzech miesięcy od posadzenia do owocowania. Na szczęście Wang Shuxiu nie interesowała się nimi zbyt mocno — raz tylko rzuciła mimochodem, że rosną trochę za szybko, ale nie dociekała niczego więcej.
Jakiś czas temu Yi Hang pomógł Lu Lingxi znaleźć kilka prostych desek, którymi zabudowali ogrodzenie — teraz nie dało się już zajrzeć do środka z zewnątrz. Lu Lingxi miał z tego powodu lekkie wyrzuty sumienia, ale na szczęście ani Wang Shuxiu, ani Yi Hang nie przejmowali się specjalnie — najwyżej mruknęli coś pod nosem i zaraz zapominali. Chłopak zastanawiał się, jak te pomidory będą wyglądać, gdy dojrzeją. Czy będą jadalne? Czy może jakieś dziwaczne? W końcu nasiona, które otrzymał od panelu, różniły się od tych zwyczajnych, prawda?
Po rutynowym podlewaniu roślin, Lu Lingxi usiadł na balkonie i kliknął, by otworzyć biały panel.
Wysiłek nie poszedł na marne — liczba „serc roślin” wynosiła już 248/1000 (Poziom 1). Niby sporo, ale do tysiąca wciąż daleko. Lu Lingxi pocieszał się w duchu i dodawał sobie otuchy. Był ciekaw, jakie funkcje odblokują się po kolejnym awansie. Tym razem dostał „skan mentalny” — a co będzie następne?
Następnego dnia musiał wstać wcześnie, więc po przeczytaniu kilku stron książki i szybkim prysznicu położył się spać. Dahei znów porzucił swoje legowisko na podwórku i ułożył się u wezgłowia łóżka. Lu Lingxi podrapał go pod brodą, cicho akceptując psie przyzwyczajenie.
— Gdybym wiedział, to bym się tak nie starał z tą budą. Wystarczyło kupić ci matę, byłoby szybciej.
Dahei podszedł i z czułością polizał palce chłopaka. Lu Lingxi nie mógł powstrzymać uśmiechu i pogłaskał go po łbie.
— Śpij.
Lu Lingxi spał tej nocy spokojnie i głęboko, za to Yan Yue znów zmagał się z bezsennością. Gdyby po prostu nie mógł zasnąć jak zwykle, nie byłoby to niczym nadzwyczajnym — w końcu był do tego przyzwyczajony. Problem tkwił jednak w tym, że przez kilka ostatnich nocy spał wyjątkowo dobrze — a to wszystko dzięki Lu Lingxi. Ledwie dwa dni spokoju… i znów powróciła znajoma samotność.
Była druga nad ranem, a Yan Yue siedział przed komputerem z lodowatym wyrazem twarzy. Po drugiej stronie ekranu znajdował się jego asystent — An Jie. Znali się jeszcze z czasów studenckich, a od pięciu lat po ukończeniu studiów An Jie wiernie podążał za Yan Yue’em. Tym razem, z jego polecenia, pozostał za granicą, by nadzorować zagraniczną filię Grupy Hopewell.
Po tylu latach współpracy An Jie nauczył się już odczytywać nastroje szefa z najsubtelniejszych grymasów. Nawet teraz, choć dzielił ich ekran, wyczuwał ciążące w powietrzu niezadowolenie. Jako oddany i profesjonalny asystent, wiedział też o bezsenności Yan Yue’a. Nie pierwszy raz widział go przy pracy w środku nocy, ale tym razem coś było inaczej. Poprzednio Yan Yue bywał co najwyżej rozdrażniony — teraz przypominał wulkan na skraju erupcji.
Po zdaniu raportu z ostatnich spraw An Jie odłożył dokumenty i spojrzał na niego z niepokojem.
— Szefie, kiedy wraca pan do domu?
Zanim Yan Yue opuścił kraj, wspominał, że zostanie tu mniej więcej miesiąc. Miesiąc właśnie mijał, a on nie wykazywał najmniejszego zamiaru powrotu. Nic więc dziwnego, że An Jie zaczynał się niepokoić.
Na dźwięk słowa „powrót”, Yan Yue mimowolnie zmarszczył brwi. Pierwsze, co przyszło mu do głowy, to Lu Lingxi.
— Mam tu jeszcze coś do załatwienia. O powrocie porozmawiamy innym razem — odparł chłodno.
Po ukończeniu studiów Yan Yue osiadł za granicą i to właśnie tam skupił swoje zawodowe aspiracje. W porównaniu z chaosem, jaki nieustannie panował w jego tzw. rodzinnych kręgach, wolał obce kraje — bez krewnych, bez zobowiązań. Zgodnie z jego długofalowym planem, Yan Shihui miał jeszcze przez co najmniej dekadę nie oddać władzy. W tym czasie Yan Yue zamierzał rozwinąć swoje interesy poza granicami kraju, przygotowując grunt pod przyszłość.
Jego życie przypominało pociąg, który mknął po wyznaczonej trasie, gdzie każdy przystanek był starannie zaplanowany, a cel podróży jasno określony. Jedynym wyjątkiem był Lu Lingxi.
Odkąd go poznał, Yan Yue coraz częściej pragnął wywrócić do góry nogami wszystkie swoje dotychczasowe plany. Cel podróży przestał być istotny — liczyło się tylko jedno: chciał być przy tym chłopcu. Albo raczej… chciał, by chłopiec był przy nim. Zawsze.
Z uczuciem narastającego bólu głowy, Yan Yue przetarł czoło. Lu Lingxi na pewno nie zdecyduje się na wyjazd za granicę w najbliższym czasie. W takim razie to on musi zostać. A skoro tak, pewne rzeczy trzeba będzie przemyśleć na nowo — długoterminowo.
Po drugiej stronie ekranu An Jie, choć jego twarz nie zdradzała niczego szczególnego, poczuł w kościach, że coś jest na rzeczy. Pracował z Yan Yue’em na tyle długo, by dostrzegać najdrobniejsze zmiany w jego nastroju. I choć szef wydawał się spokojny, coś w jego spojrzeniu zdradzało wewnętrzne poruszenie.
Czyżby szef miał sercowe rozterki? — pomyślał z niedowierzaniem. To przypuszczenie aż mroziło krew w żyłach. „Niemożliwe… po prostu niemożliwe.” — powtarzał sobie w myślach dwa razy z rzędu, jakby chciał odczynić zły urok.
Po omówieniu bieżących spraw służbowych An Jie zreflektował się, że w Chinach właśnie wybiła druga w nocy, i z troską poprosił szefa, by nie zarywał więcej nocy. Po zakończeniu wideorozmowy Yan Yue wciąż nie czuł się senny. Sięgnął więc od niechcenia po wcześniej dostarczone mu informacje na temat Lu Yishuia.
Z dokumentów wynikało, że Lu Yishui miał prawdziwy talent do hazardu — w najgorszym możliwym tego słowa znaczeniu. Przez ostatnie dziesięć lat nie robił nic poza krążeniem po stołach pokerowych i nielegalnych kasynach. Owszem, czasem coś wygrywał, ale częściej przegrywał. Zadłużony po uszy, żył na garnuszku żony — Wang Shuxiu, która własną ciężką pracą utrzymywała dom i spłacała jego długi.
Najświeższa historia pochodziła sprzed zaledwie miesiąca — wtedy Lu Yishui przegrał ponad dwieście tysięcy yuanów. Wziął pożyczkę od lichwiarza, by odegrać się przy stole… i znowu przegrał. Po miesiącu odsetki urosły do ponad czterystu tysięcy.
Dla Yan Yue’a była to suma śmiesznie mała. Ale taki człowiek jak Lu Yishui to jak psia skóra — przyklei się i nie da oderwać. I choć nie obawiał się, że tamten będzie uprzykrzał życie jemu, martwiło go co innego — że będzie prześladował Lu Lingxi i Wang Shuxiu, nie dając im spokoju.
Szczupłe palce Yan Yue, które nerwowo stukały o blat biurka, zatrzymały się, gdy spojrzenie padło na kolejne nazwisko w aktach — Xiao Feng.
Xiao Feng był postacią nietuzinkową. Czterdziestolatek, stanu wolnego, mieszkał w Fengcheng od niespełna dekady. W tym czasie przeszedł drogę od podrzędnego zakapiora do lokalnego „przedsiębiorcy”, pod którego skrzydłami działały dwa salony gier i hazardu. Dorabiał też jako lichwiarz. To właśnie jemu Lu Yishui był winien pieniądze.
Nie to jednak interesowało Yan Yue najbardziej. Istotą sprawy było to, w jaki sposób Xiao Feng prowadził swoje interesy — a był to sposób co najmniej… osobliwy.
Xiao Feng miał starszego brata, który dzierżawił niewielką, prywatną kopalnię węgla w ich rodzinnej miejscowości na północnym zachodzie. Ciekawostką było to, że około jednej czwartej pracowników kopalni stanowili dłużnicy Xiao Fenga. Ci ludzie mieli zapewniony dach nad głową i jedzenie, a ich pensje nie były potrącane — wypłacano je co miesiąc w całości. Problem polegał na tym, że zaraz po wypłacie pieniądze wracały z powrotem do Xiao Fenga — aż do momentu, gdy dług został całkowicie spłacony.
Dopiero wtedy dłużnik mógł opuścić kopalnię. Co więcej, Xiao Feng wręczał mu jeszcze zapomogę na drogę i pół miesiąca kosztów utrzymania, żeby przypadkiem nie padł z głodu po wyjściu.
Prywatna kopalnia węgla? — Yan Yue uśmiechnął się kącikiem ust. To całkiem niezłe miejsce.
Piąta rano. Lu Lingxi już nie spał. Wczoraj położył się wyjątkowo wcześnie, więc dziś wstał wypoczęty i pełen energii. Po szybkim prysznicu zabrał Daheia i wyszedł z domu. Z dziadkiem Su umówił się na szóstą — miał więc jeszcze chwilę, by zjeść lekkie śniadanie i wymknąć się po cichu.
Wang Shuxiu jeszcze nie wróciła z nocnej zmiany. Lu Lingxi zostawił jej więc krótką wiadomość w salonie. Na początku Wang Shuxiu sceptycznie podchodziła do jego pracy. Była pewna, że mały nicpoń nie zniesie wysiłku i za kilka dni wróci do domu z podkulonym ogonem. Ale minęło już pół miesiąca, a Lu Lingxi wciąż chodził do pracy z zapałem.
Co więcej — czytał książki. I to całkiem sporo.
Kiedy dwa dni temu porządkowała jego pokój, zaskoczyło ją, że pusta dotąd półka na książki zapełniła się ponad tuzinem tytułów. Wszystkie dotyczyły roślin, ogrodnictwa i pielęgnacji zieleni. Wang Shuxiu nie przejęła się tym szczególnie — ważne, że w ogóle czyta, pomyślała. Nieważne co, byle nie siedział całymi dniami jak cielę przy komputerze.
Szybko policzyła w głowie, ile musiał wydać na te książki. Wyszło jej, że prawdopodobnie oszczędzał na jedzeniu. Zadzwoniła więc do syna i zbeształa go bez litości, a tego samego wieczoru zostawiła mu dodatkowe dwieście yuanów na stole.
Po tym epizodzie dała za wygraną. Wyglądało na to, że mały naprawdę nie zamierza wracać do szkoły. Może to i lepiej — przynajmniej nauczy się jakiegoś fachu. A jeśli nawet nie, to zawsze mogą wrócić razem na wieś. Na roli przynajmniej nie umrą z głodu.
Od tamtej pory Wang Shuxiu nie poruszała już tematu edukacji. Ale Lu Lingxi nosił go cały czas w sercu.
Chciał z nią porozmawiać, tylko czekał na odpowiedni moment. Doskonale wiedział, że jego wykształcenie — zaledwie gimnazjalne — to za mało. Marzył, by zapisać się na wieczorowe kursy, a może nawet dostać się do szkoły dla dorosłych. Chciałby studiować ogrodnictwo, rolnictwo — coś, co pozwoliłoby mu zrozumieć świat roślin głębiej i bardziej naukowo.
Ale to jeszcze odległe plany.
Lu Lingxi, nie zastanawiając się długo, ruszył prosto z Daheim do budki z bułkami przy wejściu na osiedle.
Właściciel stoiska, pulchny Tian Jun, na widok chłopaka uśmiechnął się szeroko.
— O, Xiao Xi dziś na nogach wcześniej niż zwykle.
— Dzień dobry, Bracie Tian — przywitał się grzecznie Lu Lingxi.
— Jak zwykle dwie z mięsem? — zapytał Tian Jun, już sięgając po bułki.
Lu Lingxi pogładził Daheia po głowie.
— Dziś sześć.
Tian Jun rzucił spojrzenie na psa, zrozumiał aluzję i rzucił z rozbawieniem:
— Eee, no, ten twój pies to naprawdę potrafi zjeść.
Lu Lingxi uśmiechnął się z zakłopotaniem, nie mówiąc nic.
Gdy chłopak odszedł, Tian Jun pokręcił głową i westchnął ciężko. Wang Xiaohua naprawdę swoje przeszła. Wszyscy z sąsiedztwa znali się nawzajem, więc wiedzieli, co się dzieje w czyim domu. Wang Xiaohua miała twardy charakter — sama utrzymywała rodzinę — a Lu Yishui… cóż, do niczego się nie nadawał. Ich syn? Lu Lingxi dawniej też nie rokował najlepiej. Aż trudno było uwierzyć, że po tym, jak prawie otarł się o śmierć, tak bardzo się zmienił. Teraz wszyscy mówili, że dobrze, iż stracił pamięć — przynajmniej nie musiał pamiętać tego, co było wcześniej. Niektórzy nawet żartowali, że jakby ich dzieci też tak zapomniały o swojej przeszłości, to może byłoby z nich więcej pożytku.
Lu Lingxi nie miał pojęcia o rozważaniach Brata Tiana. Siedział na krawężniku i karmił Daheia bułkami. Pies zjadł dwie, a potem stanowczo odmówił kolejnych.
— Co się stało? Nie smakują ci? — zapytał zdziwiony Lu Lingxi. Zwykle Dahei zjadał cztery — dwie to było dla niego zdecydowanie za mało.
Pies wziął bułkę do pyska i popychając ją do Lu Lingxi, zasugerował, by ją schować.
Chłopak spojrzał na psa i nagle przypomniał sobie słowa Brata Tiana. Nie wiedzieć, czy śmiać się, czy płakać.
— To przez to, co powiedział Brat Tian?
Dahei jęknął żałośnie. Lu Lingxi nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem, kucając przy swoim wiernym towarzyszu.
Pies wyglądał na jeszcze bardziej zbolałego.
Lu Lingxi natychmiast pogładził Daheia po głowie i zaczął go uspokajać:
— Brat Tian żartował. Jak ktoś mówi, że dobrze jesz, to znaczy, że jesteś zdrowy. Chciałbym, żebyś jadł jak najwięcej i rósł silny. Wtedy będziesz mnie mógł chronić, prawda?
Po dłuższej chwili tłumaczenia, Dahei w końcu uznał, że ma do czynienia z argumentem godnym zaufania. Poliżał palce chłopaka i dokończył resztę bułek. Lu Lingxi patrzył na niego z uśmiechem, pełen rozbawienia i ciepła. Pomyślał, że chyba musi częściej chwalić Daheia — żeby nie urazić tej jego wrażliwej, psiej duszy.
Chłopak i pies zjedli śniadanie i powoli ruszyli w stronę narożnika ulicy, przy której znajdował się sklep ogrodniczy.
— Xiao Lu, tutaj! — zawołał Su Weizheng, który właśnie podchodził. Machnął do chłopaka, by ten podszedł.
— Dzień dobry, Dziadku Su! — Lu Lingxi pociągnął Daheia i podbiegł do staruszka.
Ten uśmiechnął się pogodnie.
— No to ruszamy. To tuż za rzeką, spacerem dojdziemy bez problemu.
Targ kwiatowy był niedaleko sklepu ogrodniczego, ale trudno było go nazwać typowym targiem. Bardziej przypominał miejsce spotkań pasjonatów roślin. Tak jak mówił Su Weizheng — można tam było znaleźć przeróżne kwiaty. Większość pochodziła z upraw okolicznych rolników, ale trafiały się też okazy z dużych szkółek ogrodniczych z obrzeży Fengcheng. Su Weizheng opowiadał, że targ zaczął się jako nieformalne zgromadzenie miłośników roślin, ale z czasem zyskał sławę i zaczął przyciągać tłumy. Dziś wszyscy miłośnicy zieleni w Fengcheng wiedzieli o tym miejscu.
Su Weizheng z entuzjazmem oprowadzał Lu Lingxi po stoiskach, co rusz rzucając uwagi: tu kwiaty zadbane, tamte nie zakwitną, bo coś poszło nie tak. Lu Lingxi niedawno skończył czytać ilustrowany atlas roślin, więc wspierając się skanem mentalnym, rozpoznawał przynajmniej połowę z nich.
Chłopak, staruszek i pies szwendali się pośród pachnących straganów, aż w końcu skręcili za róg i zauważyli grupkę ludzi kucających przy ścianie, pochylonych nad czymś z uwagą.
— Chodź, zobaczymy, co się dzieje — powiedział z ożywieniem Su Weizheng, pociągając chłopaka za sobą.
Gdy podeszli bliżej, zobaczyli stos zwiędłych i porzuconych roślin — zapewne uprzątniętych z sąsiednich straganów. Kilku staruszków w wieku Dziadka Su kucało nad nimi z minami pełnymi żalu.
— Popatrz na tę — powiedział jeden z nich. — Piękny okaz, ale korzenie całkiem zgniły.
— Tamta też się nie nada. I tak padnie. Gdyby miała choć cień szansy, nikt by jej tu nie wyrzucił.
— A spójrz na tę! Przecież to dzika orchidea, nie? Kto w ogóle ją zebrał? Jak się nie potrafi zadbać, to lepiej nie ruszać. Korzenie złamane, wszystko zmarnowane…
— Szkoda tej tutaj. Lepsza niż poprzednia. Gdyby się udało ją odratować, mogłaby być warta sporo.
Mężczyzna mówiąc to, uniósł trzy palce.
Lu Lingxi nie wiedział, czy chodziło o trzy tysiące, czy trzydzieści tysięcy. Su Weizheng zauważył jego skupienie i westchnął:
— Gdyby zakwitła, byłaby warta i ponad trzysta tysięcy.
Lu Lingxi: …
Niemal odruchowo aktywował skan myślowy, a biała tablica pojawiła się przed nim.
Nazwa rośliny: Dzika wiosenna orchidea
Potrzeby rośliny: Brak
Żywotność rośliny: Martwa
Lu Lingxi ze smutkiem stwierdził, że roślina nie żyje. Już miał zakończyć skan, kiedy na dole panelu pojawiło się nowe zdanie:
„Roślina martwa. Zużyć siłę natury, by ją ocalić?”
Lu Lingxi: „…”

Wasze wsparcie sprawia, że mogę dalej poświęcać czas i energię na tłumaczenie opowiadań, które tak lubicie. Każdy gest, nawet najmniejszy, pomaga mi utrzymać stronę i rozwijać się w tym, co kocham robić. Jeśli doceniacie moją pracę i chcielibyście wesprzeć mnie w dalszym tworzeniu, serdecznie zapraszam do wpłacenia datku przez Ko-fi. Dzięki Wam mogę dostarczać kolejne rozdziały!
Dziękuję za Waszą życzliwość i wsparcie!