
Bądź na bieżąco!
Jeśli chcesz być informowana/y o nowych rozdziałach kliknij przycisk znajdujący się obok!
Cudowne życie - rozdział 22
Yan Yue zamierzał w końcu wyjść, choć spędził w Tiny Garden ledwie pół godziny. W głębi duszy miał ochotę bezwstydnie zostać na dłużej, ale resztki zdrowego rozsądku podpowiadały mu, że to już przesada. W porównaniu do poprzednich dni, gdy mógł tylko zerkać na Lu Lingxi ukradkiem, pod pretekstem odwiedzania Daheia, dzisiejsze spotkanie było dla niego jak niespodziewany prezent.
Kiedy Yan Yue szykował się do wyjścia, Lu Lingxi grzecznie odprowadził go do drzwi i raz jeszcze podziękował:
— Panie Yan, dziękuję.
W jego spojrzeniu było szczere uznanie i pełna zaufania wdzięczność. Gdy Yan Yue spotkał ten wzrok, jego serce poruszyło się gwałtownie. Nie mógł jednak dać tego po sobie poznać — z trudem stłumił buzujące w nim emocje, skinął lekko głową i odezwał się niedbale:
— Nie bądź taki oficjalny, mów mi po prostu Yan Yue.
Lu Lingxi uśmiechnął się lekko, kąciki jego ust uniosły się delikatnie, a potem posłusznie powiedział:
—Yan Ge*.
Jego głos był czysty i jasny, a to jedno „Yan Ge” zabrzmiało w uszach Yan Yue jak ciepły podmuch, jakby kotek drapał mu wnętrze serca delikatną łapką. Serce zadrżało mu z tęsknoty, chciał, by chłopak powtórzył to jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze… Na szczęście zachował resztki rozumu i połknął słowa, które niemal wyrwały się z jego ust, gdy napotkał czyste spojrzenie Lu Lingxi.
Od chwili, gdy Yan Yue zaczął zbierać się do wyjścia, aż do momentu, gdy Lu Lingxi otworzył przed nim drzwi, Dahei nie spuszczał z niego wzroku. A kiedy Yan Yue wyszedł z pustymi rękoma, pies odwrócił się i spojrzał na wiosenną orchideę stojącą na stole, po czym znów ułożył się leniwie na podłodze.
Lu Lingxi odprowadził Yan Yue, a potem odwrócił się i przykucnął przy Daheiu. Pacnął go palcem w czoło i powiedział z czułością:
— Mały łobuzie, nie myśl sobie, że Yan Ge nie zauważył twojej reakcji.
Dahei zaskomlał cicho dwa razy, jakby urażony. Lu Lingxi z rozbawieniem pogładził go po głowie i szepnął:
— Tę wiosenną orchideę musimy dobrze wyhodować i sprzedać, żeby spłacić dług wobec Yan Ge. Teraz brakuje nam jeszcze stu tysięcy… i Daheiowych udek z kurczaka. Jutro pójdziemy znów na ten targ kwiatowy, może uda nam się powtórzyć dzisiejsze szczęście.
Dahei przymknął oczy i otarł się o dłoń Lu Lingxi, wydając z siebie niskie szczeknięcie.
Tymczasem Yan Yue nie oddalił się zbyt daleko od Tiny Garden. Zatrzymał samochód na poboczu, a kąciki jego ust uniosły się mimowolnie, gdy w myślach wracał do ostatniego słowa wypowiedzianego przez chłopaka: „Yan Ge”.
Telefon leżący na miejscu pasażera nagle zadzwonił, przerywając rozmarzenie, które ogarnęło Yan Yue. Skrzywił się z irytacją, a gdy zobaczył na wyświetlaczu imię An Jie, stłumił zniecierpliwienie i odebrał.
— Słucham? Co się stało?
O tej porze w kraju An Jie musiało być już po drugiej w nocy. Nie dzwoniłby bez potrzeby.
— Szefie, do biura profesor Susan właśnie się włamano — oznajmił An Jie bez żadnych wstępów, od razu rzucając bombę.
Choć Yan Yue nigdy nie przepadał za spotkaniami z psychologami, to jego własne problemy nie dawały mu spokoju i sam nie potrafił sobie z nimi poradzić. Zdarzało się, że jego bezsenność przybierała tak nasilone formy, że musiał zwracać się do profesor Susan. Na słowa An Jie jego spojrzenie natychmiast stwardniało, a w kącikach ust pojawił się lodowaty uśmiech.
— Ukradziono dane pacjentów, prawda?
— Trafiony — potwierdził krótko An Jie, dokładnie o to się martwił.
An Jie wychowywał się za granicą, więc wizyty u psychologa uważał za coś całkowicie normalnego. Przecież każdy miewał gorszy nastrój, każdy czasem potrzebował wsparcia i wskazówek. Jednak sytuacja w Chinach wyglądała zupełnie inaczej — być może z powodu braku świadomości społecznej, zaburzenia psychiczne wciąż kojarzono tam z chorobami umysłowymi. An Jie podejrzewał, że za włamaniem ktoś stoi i niepokoił się o sytuację Yan Yue.
Chłód w oczach Yan Yue pogłębił się. Profesor Susan posiadała zapisy z jego dotychczasowych terapii. Niezależnie od tego, czy za tym wszystkim stał Yan Hai, czy Yin Ya — jedno było pewne: mieli głowy na karku. Ale… ta sytuacja mogła również obrócić się na jego korzyść. Od dłuższego czasu rozważał, jak znaleźć wiarygodny pretekst, by zostać w kraju na dłużej; ten incydent mógł stać się właśnie takim pretekstem.
Stukając odruchowo palcami w kierownicę, Yan Yue powiedział poważnym tonem:
— Nie przejmuj się tym, niech robią, co chcą. Ty zajmij się sprawami firmy, skoncentruj się na Dezhi Investment, a za jakiś czas przyleć do Chin i spotkaj się ze mną.
Dezhi Investment było prywatną spółką inwestycyjną, którą Yan Yue założył i nad którą miał pełną kontrolę. Jej fundamenty powstały jeszcze w czasach jego studiów. Po ukończeniu uczelni i objęciu kierownictwa nad zagranicznym oddziałem Hopewell Group, wykorzystał swoją pozycję, by rozwinąć Dezhi w znaczącego gracza na rynku, korzystając z impetu i wpływów Hopewell.
Niezależnie od tego, czy można by powiedzieć, że Yan Yue nie ufał Yan Shihui, jedno było pewne — nigdy nie czuł się komfortowo, powierzając swoją przyszłość w cudze ręce. Wierzył tylko w jedno: w ciężką pracę własnych rąk.
Włamanie do gabinetu profesor Susan było dopiero pierwszym krokiem. Yan Yue podejrzewał, że wkrótce po całej Hopewell Group rozejdą się plotki o jego rzekomych problemach psychicznych. Kluczowe w tej sprawie było stanowisko jego dziadka i ojca — a przede wszystkim to, kogo ojciec zdecyduje się wysłać za granicę. Ten wybór miał przesądzić o jego dalszych krokach.
Yan Yue przemyślał wszystko dokładnie i w jego sercu nie było wiele złości — raczej poczucie gorzkiej ironii. Choć dopiero co rozstał się z Lu Lingxi, już odczuwał niecierpliwe pragnienie, by znów go zobaczyć. Ta emocja była zbyt silna. W zwykłych okolicznościach, kierując się rozsądkiem, potrafiłby ją poskromić, ale teraz nie miał w sobie gotowości, by ją tłumić.
Jego nagły powrót całkowicie zaskoczył Lu Lingxi.
—Yan Ge? — zapytał zdumiony.
To jedno, ciepłe „Yan Ge” było jak promień wiosennego słońca, który w jednej chwili roztopił lód, jaki niepostrzeżenie zdążył nagromadzić się w sercu Yan Yue.
— Co się stało? — Lu Lingxi spojrzał na niego z wyraźnym zaniepokojeniem.
Yan Yue poczuł lekkie zakłopotanie. Obawiał się, że Lu Lingxi mógł błędnie uznać, iż wrócił z powodu weksla. Przeniósł wzrok na stojącą na podłodze dziwną donicę z kwiatami i już całkiem opanowany odparł:
— Przypomniałem sobie coś po drodze. Mój dziadek bardzo lubi kwiaty i rośliny. Chciałbym kupić dla niego jedną doniczkę.
Lu Lingxi uśmiechnął się lekko.
— Jakie kwiaty chciałby Yan Ge kupić?
Yan Yue nie odrywał spojrzenia od uśmiechniętego chłopaka. Odpowiedział z ukrytym znaczeniem:
— Cokolwiek ty wybierzesz, będzie dobre.
Lu Lingxi nie zauważył subtelnego znaczenia wypowiedzi Yan Yue i z całkowitą powagą zaczął tłumaczyć, że różne kwiaty mają różny wpływ na zdrowie człowieka. Niektóre z nich, o delikatnym zapachu, doskonale sprawdzają się w sypialni — łagodzą napięcie, wyciszają umysł i pomagają bezsenności. Inne oczyszczają wątrobę, koją wzrok i działają przeciwbólowo oraz uspokajająco przy przewlekłych schorzeniach wieku podeszłego. Oprócz zapachu, istotne znaczenie ma również kolor kwiatów — te o żywych barwach poprawiają nastrój, natomiast te w stonowanych tonach dają poczucie świeżości i komfortu. Podarowanie komuś kwiatów wydaje się czymś prostym, ale w rzeczywistości to poważna sprawa.
Lu Lingxi był niezwykle skupiony, gdy mówił o roślinach, a w jego twarzy odbijała się łagodność i czułość. Yan Yue wpatrywał się w profil młodzieńca z rosnącym zauroczeniem; jego spojrzenie stopniowo nabierało ciepła. Dopiero gdy Lu Lingxi odwrócił się w jego stronę, Yan Yue pospiesznie odwrócił wzrok. Przypomniawszy sobie słowa chłopca, powiedział:
— To wezmę jedną doniczkę na bezsenność i drugą w bardziej eleganckim kolorze.
Lu Lingxi wybrał dla niego doniczkę pelargonii oraz doniczkę z sansewierią. Wyraźnie zaznaczył, że pelargonia pomaga w łagodzeniu niepokoju, redukuje stres i świetnie działa przy bezsenności.
Yan Yue skinął głową i od razu postanowił, że pelargonia stanie w jego sypialni.
Tego wieczoru Lu Lingxi wrócił do domu samochodem Yan Yue. Mężczyzna spędził całe popołudnie w Tiny Garden, rzekomo po to, by zasięgnąć fachowych porad na temat pielęgnacji kwiatów, a wieczorem uparł się, by odwieźć Lu Lingxi do domu w ramach wdzięczności.
Chłopak nie potrafił odmówić i ostatecznie zgodził się. W jego sercu obraz Yan Yue stawał się z każdą chwilą coraz bardziej życzliwy.
Kiedy wrócił do domu, Wang Shuxiu była już w pracy. Zaraz po wejściu, Lu Lingxi najpierw starannie wytarł Daheiowi wszystkie cztery łapy, a potem przykucnął na podłodze, pogładził go po głowie i zażartował:
— Mamie nic nie mówimy o wekslu, wystarczy, że my dwaj o tym wiemy. To nasz mały sekret. No, daj łapę.
Mówiąc to, wyciągnął prawą dłoń, a Dahei, siedzący przed nim, natychmiast podniósł lewą łapę i położył ją na jego ręce. To była ich nowa, wspólna zabawa. Lu Lingxi uśmiechnął się, chwycił puszystą łapę psa i uścisnął ją i powiedział poważnym tonem:
— Dahei, obiecałeś. A jak złamiesz obietnicę, przez cały miesiąc nie dostaniesz ani jednego kurczaka.
Dahei szczeknął cicho, a Lu Lingxi rozpromieniony objął go mocno.
— Wiem, wiem. Dahei nie jest psem, który nie dotrzymuje słowa, prawda?
Dahei zaszczekał jeszcze raz, wyraźnie zadowolony.
Po kolacji Lu Lingxi podłączył wąż ogrodowy i zabrał się za podlewanie pomidorów na tyłach domu. Po jednym dniu nieobecności zauważył, że te, które jeszcze wczoraj były wielkości szklanych kulek, dziś urosły już do rozmiarów pięści. Zielona skórka zaczynała lekko czerwienieć, zapowiadając, że już wkrótce będą gotowe do zbiorów.
Pomidory rosły w takim tempie, że Lu Lingxi czuł lekkie zaniepokojenie. Nie miał pewności, czy na pewno można je bezpiecznie jeść. Wierzył, że panel nie zrobiłby niczego szkodliwego, ale lekka niepewność wciąż go nurtowała. Najlepiej będzie poczekać, aż pomidory całkiem dojrzeją, i oddać je do badania — na wszelki wypadek.
Planował wszystko starannie, kiedy nagle kątem oka dostrzegł, jak Dahei wyciąga szyję i jednym kłapnięciem połyka połowę już zaróżowionego pomidora.
Lu Lingxi: — ……

Wasze wsparcie sprawia, że mogę dalej poświęcać czas i energię na tłumaczenie opowiadań, które tak lubicie. Każdy gest, nawet najmniejszy, pomaga mi utrzymać stronę i rozwijać się w tym, co kocham robić. Jeśli doceniacie moją pracę i chcielibyście wesprzeć mnie w dalszym tworzeniu, serdecznie zapraszam do wpłacenia datku przez Ko-fi. Dzięki Wam mogę dostarczać kolejne rozdziały!
Dziękuję za Waszą życzliwość i wsparcie!