wow

Bądź na bieżąco!

Jeśli chcesz być informowana/y o nowych rozdziałach kliknij przycisk znajdujący się obok!

Cudowne życie - rozdział 13

Przekazanie obowiązków przebiegło bardzo sprawnie. Tiny Garden było niewielkim sklepem, więc nie było zbyt wiele do omówienia — głównie chodziło o to, jak pielęgnować kwiaty i rośliny znajdujące się w środku. Du Lin naprawdę odetchnęła z ulgą, że mogła powierzyć to miejsce Lu Lingxi. Była już w zaawansowanej ciąży i po przekazaniu sklepu nie planowała się w nim pojawiać, zamierzając zostać tzw. „szefową z dystansu” — taką, co to zleca innym pracę, ale sama nic nie robi.

Po zostawieniu Lu Lingxi swojego numeru komórkowego i domowego, Du Lin wyjaśniła, ile gotówki zostaje w kasie, spakowała się i wyszła. Nie martwiła się, że chłopak ucieknie z pieniędzmi — po pierwsze, znał go Yi Hang, który mimo że był lekkoduchem, był jednak godny zaufania. Po drugie, Lu Lingxi od razu zrobił na niej świetne wrażenie. Gdy spotkali się poprzedniego dnia, jeszcze nie było to tak wyraźne, ale dziś, być może z powodu silnych mdłości ciążowych, Du Lin była drażliwa. Jednak stojąc obok Lu Lingxi, czuła jak ogarnia ją spokój.

Gdy tylko Du Lin wyszła, Yi Hang poczuł się jak uwolniony. Z ciężkim westchnieniem padł na wiklinowy fotel przy wejściu do Tiny Garden i udając klienta, krzyknął teatralnie:

— Szefie! Proszę najdroższe kwiaty, jakie macie!

Lu Lingxi podlewał właśnie kwiaty w sklepie i nie zwracał na niego najmniejszej uwagi.

Yi Hang, znudzony, zbliżył się do Lu Lingxi, gdy do sklepu wszedł klient.

— Witamy serdecznie! — zawołał refleksyjnie, dopiero w połowie wypowiedzi rozpoznając znajomą twarz — to był brat Cheng, którego spotkał dzień wcześniej.

Brat Cheng od razu zauważył Lu Lingxi i zdziwiony zapytał:

— Xiao Xi, a gdzie szefowa Du?

Lu Lingxi odstawił konewkę i wyjaśnił:

— Siostra Du poszła do domu, przez jakiś czas ja będę tu pracował.

— No to świetnie! — ucieszył się brat Cheng i odwracając się, zawołał: — Lao Han, chodź szybciej!

W ślad za jego słowami do środka wszedł mężczyzna w podobnym wieku, niosąc doniczkę z kliwią. Brat Cheng od razu go przedstawił:

— Lao Han, mówię ci, nie patrz, że młody — ten Xiao Xi zna się na rzeczy. Pamiętasz moją azalię, co gubiła płatki? Właśnie on ją uratował. No, Xiao Xi, rzuć okiem, czy tę kliwię da się jeszcze uratować?

Lao Han bez zwłoki podsunął roślinę pod nos Lu Lingxi.

Normalna kliwia powinna mieć ciemnozielone, błyszczące liście i kwitnąć w lipcu. Ta jednak miała tylko kilka rachitycznych kwiatów, a liście były żółte i zwiędłe. Lu Lingxi skupił wzrok na części korzeniowej — wokół niej owijała się biała pleśń, gdzieniegdzie tworząc czerwono-brązowe skupiska.

W tej chwili przed oczami Lu Lingxi pojawił się biały panel:

Nazwa rośliny: Kliwia wielkokwiatowa 
Potrzeby rośliny: Leczenie białej pleśni 
Witalność: Bardzo niska

Lu Lingxi zmarszczył lekko brwi. Panel wskazywał, że roślina jest w fatalnym stanie — nie miał pewności, czy da się ją uratować.

Lao Han, widząc jego minę, uśmiechnął się z goryczą:

— Czyli nie da rady?

Lu Lingxi zawahał się i odparł:

— Może… zostawi ją pan tu, a ja spróbuję coś zrobić?

Nie był pewien. Z panelu wynikało, że większość kłącza już zgniła. Co prawda potrafił zdiagnozować chorobę, ale leczenie wymagało więcej wiedzy.

Na te słowa oczy Lao Han rozbłysły, a jego spojrzenie stało się pełne wdzięczności. Lu Lingxi ostrożnie odstawił donicę na podłogę. Czekało go teraz szukanie informacji, jak uratować roślinę.

Po pożegnaniu brata Cheng i Lao Han, Yi Hang spojrzał na kliwię. Nawet on, nie znając się na roślinach, widział, że jest w kiepskim stanie.

— Lao San, jesteś pewien?

Lu Lingxi pokręcił głową. Nie był, ale nie mógł też patrzeć, jak roślina umiera, nie robiąc nic.

Pleśń biała to jedna z najczęstszych chorób kliwii, atakująca korzenie i mięsiste łodygi pod ziemią. We wczesnym stadium można ją leczyć, ale później grozi obumarciem rośliny. Lu Lingxi zamknął książkę i zgodnie z instrukcją usunął chore fragmenty. Dzięki panelowi widział dokładnie, które części były zakażone. Następnie zdezynfekował resztę i zasadził ją w jałowej, wilgotnej, piaszczystej ziemi.

Z pozoru proste, w praktyce było to bardzo czasochłonne i wymagało pełnego skupienia.

Kiedy skończył, było już popołudnie. Trzeba było poczekać kilka dni, aż kliwia się ukorzeni. Zrobił wszystko, co mógł — reszta zależała od jej siły życiowej.

W tym momencie panel wyświetlił komunikat:

Uratowano kliwię wielkokwiatową. Nagroda: serce rośliny +1, moc natury +1

Lu Lingxi spojrzał na napis „moc natury” z lekkim zaskoczeniem. Myślał, że rozumie już, jak działa panel. Czym była ta „moc natury”? I czym różniła się od „serca rośliny”?

Nowości zawsze wzbudzały ciekawość. Lu Lingxi wpatrywał się długo w panel. Na szczęście Yi Hang wyszedł z nudów wcześniej i nikt nie zauważył jego dziwnego zachowania. Niestety, mimo wszelkich prób, panel nie dawał żadnych wskazówek. W końcu uznał, że przyjdzie na to czas i nie ma sensu się głowić.

Usiadł w wiklinowym fotelu i sięgnął po książkę kupioną dzień wcześniej. 

Już po jednym dniu Lu Lingxi szybko przyzwyczaił się do pracy w sklepie. Gdy wrócił wieczorem do domu, Wang Shuxiu była już w pracy. Obiad czekał na stole – wystarczyło go tylko podgrzać. Po kolacji Lu Lingxi poszedł znów na podwórko. Sadzonki w ogródku wyraźnie podrosły. Sprawdził wilgotność gleby, podlał je jeszcze trochę i dostał dziesięć punktów nagrody w postaci serc roślin.

Wziął prysznic, poczytał książkę i poszedł spać – dzień minął w ten sposób. Przez kolejne dni Lu Lingxi zaczął zyskiwać nowych znajomych w pracy. Tiny Garden działał na tej ulicy już ponad rok, a Du Lin cieszyła się sympatią w okolicy. Nie było tajemnicą, że odeszła na urlop macierzyński i zostawiła kogoś do opieki nad sklepem. Dlatego właściciele sąsiednich punktów wpadali, by zapoznać się z Lu Lingxi, gdy mieli wolną chwilę.

Lu Lingxi był przystojny, uprzejmy, a przy tym emanował jakimś trudnym do opisania spokojem, który sprawiał, że ludzie czuli się przy nim swobodnie. W ciągu kilku dni zdobył sympatię sąsiadów. Właściciele okolicznych sklepików lubili się z nim droczyć – był tak młody i uroczy, że rumienił się przy najmniejszej zaczepce. Jego wygląd, miękki i subtelny, wywoływał w innych odruch opiekuńczy.

Z pobliskich sklepów najbardziej przypadł mu do gustu ten naprzeciwko – „Angel Baby”. Prowadził go trzydziestoletni Dong Zhi – okrągły i dobroduszny, znany wszystkim jako „Knedel”. Gdy inni żartowali z Lu Lingxi, Dong Zhi stawał w jego obronie. Z czasem obaj szybko się zaprzyjaźnili.

Czasami, gdy zmęczyło go czytanie, Lu Lingxi odwiedzał sklep zoologiczny. Zwierzęta bardzo go lubiły – zawsze zbliżały się do niego, gdy tylko się pojawiał. Zdarzało się, że koty i psy wdawały się w bójki, których Dong Zhi nie potrafił opanować, ale wystarczyło, że Lu Lingxi wszedł do sklepu, a wszystkie się uspokajały. Dong Zhi żartował nawet, że Lu Lingxi powinien dla niego pracować – w porównaniu do sklepu ogrodniczego, sklep zoologiczny bardziej do niego pasował.

Takie życie było czymś, o czym dawny Lu Lingxi nawet nie śnił. Zdrowe ciało, troskliwa matka, nowi przyjaciele, wolność – wszystko to, o czym zawsze marzył, a czego nigdy nie miał.

Wieczorem leżał na łóżku, turlając się z radości. Choć łóżko było tak małe, że musiał uważać, by z niego nie spaść, nigdy nie był szczęśliwszy. Gdyby to był sen, chciałby śnić go już na zawsze.

Następnego dnia niebo było pochmurne i przytłaczające. Zanim Lu Lingxi wyszedł do pracy, Wang Shuxiu poprosiła go, by zabrał parasol – bała się, że w ciągu dnia spadnie deszcz. I rzeczywiście, gdy wieczorem miał wychodzić ze sklepu, nagle lunęło. Mimo że miał parasol, postanowił poczekać, aż ulewa nieco zelżeje, zanim wróci do domu.

Siedząc na wiklinowym krześle w sklepie, Lu Lingxi czuł chłód w powietrzu i przez okno obserwował rozpryski wody na ulicy. Nagle usłyszał pisk hamulców – czarny Jaguar zatrzymał się tuż przed sklepem zoologicznym po drugiej stronie ulicy. Z auta wysiadł mężczyzna, trzymając coś w ramionach, i wszedł do sklepu.

Lu Lingxi spojrzał na samochód – czarny Jaguar wydał mu się znajomy, jakby gdzieś już go widział. Zanim zdążył przypomnieć sobie gdzie, ze sklepu zoologicznego dobiegł przeciągły, żałosny skowyt, tak donośny, że zagłuszył nawet deszcz.

– Ostrożnie, ostrożnie!

W środku na stole operacyjnym leżał wielki, czarny pies – jego przednie łapy zwisały z krawędzi stołu, całe we krwi. Dwie młode pielęgniarki stały obok, trzymając pęsety i próbując oczyścić rany, ale pies warczał i odsłaniał zęby, ostrzegając, by się nie zbliżały.

– Co mamy robić? – zapytała jedna z nich z paniką w głosie.

Dong Zhi spojrzał z zakłopotaniem na mężczyznę, który przyniósł psa. Był wysoki, co najmniej 1,80 m wzrostu, o silnej budowie i przystojnych rysach. Miał na sobie czarny garnitur, który nie wyglądał na tani. Pewnie dlatego, że niósł psa, dół marynarki był ubłocony, ale mężczyzna zdawał się tym nie przejmować – nie spuszczał wzroku z czarnego psa na stole.

Pies wyglądał jak typowy bezdomny – zmierzwiona, brudna sierść była przemoczona od deszczu. Prześcieradło na stole operacyjnym już po chwili nasiąkło czarną wodą. Ktoś musiał go potrącić. Dong Zhi spojrzał na mężczyznę jeszcze raz i wykluczył go jako sprawcę – psy pamiętają, kto je skrzywdził, a ten nie patrzył na niego z nieufnością.

Dong Zhi westchnął i powiedział:

– Przygotujcie znieczulenie, zróbmy zastrzyk zanim zaczniemy czyszczenie.

– Dobrze. – pielęgniarka wybiegła pospiesznie.

Yan Yue, który cały czas stał z boku, słuchał rozmowy i patrzył na psa. Jechał w pobliżu, gdy zauważył, jak czarny pies usiłuje podnieść się i zejść z ulicy.

Kiedy reflektory oświetliły zwierzę, Yan Yue dostrzegł w jego oczach czujność, obcość, wrogość – ale przede wszystkim chęć przetrwania. Coś w tym spojrzeniu go poruszyło. Zatrzymał samochód, zabrał psa i po drodze znalazł najbliższy sklep zoologiczny.

Pies był wcześniej spokojny, ale kiedy pielęgniarka sięgnęła po nożyczki, by obciąć skołtunioną sierść wokół rany, warknął gwałtownie i nie pozwolił się dotknąć. Yan Yue domyślił się, że musiał wcześniej doznać krzywdy i od tamtej pory nie ufał ludziom. Niestety sam nigdy nie miał psa i nie wiedział, co zrobić.

Pielęgniarka wróciła ze środkiem znieczulającym, a pies jeszcze bardziej się napiął, warczał ostrzegawczo, gotów rzucić się do ataku, gdyby mógł się poruszać.

– Co robić? – pielęgniarka była bliska płaczu. – Może poprosimy Xiao Xi? Przecież wszystkie psiaki w sklepie są grzeczne, jak tylko go widzą.

Dong Zhi zawahał się, po czym skinął głową:

– Dobrze, spróbuję go znaleźć. Rany psa były poważne – jeśli nie dostanie pomocy na czas, nawet jeśli przeżyje, może już nigdy nie chodzić. A bezdomnemu psu z kulawą nogą będzie jeszcze trudniej przetrwać.

Dong Zhi uśmiechnął się przepraszająco do Yan Yue i wybiegł ze sklepu z parasolem w ręku.

Yan Yue obserwował, jak Dong Zhi przechodzi przez ulicę i kieruje się do sklepu ogrodniczego po drugiej stronie. Deszcz był tak intensywny, że Yan Yue nie mógł dostrzec twarzy osoby, którą tam spotkał, ale po sylwetce od razu było widać, że to ktoś młody. Gdy obaj wracali przez ulicę, Yan Yue wreszcie zobaczył twarz chłopca i zaskoczyło go, jak młodo wyglądał – być może był nawet niepełnoletni.

– Xiao Xi! – pielęgniarka zawołała radośnie.

Chłopak nieśmiało się uśmiechnął i spojrzał w stronę psa na stole operacyjnym. Wyglądało na to, że już wiedział, co się wydarzyło, bo bez słowa podszedł kilka kroków do przodu.

Ku zdumieniu Yan Yue, czarny pies, który jeszcze chwilę temu był agresywny i niespokojny, nie zawarczał na chłopaka. Zamiast tego wyprostował się i patrzył czujnie, jakby próbował ocenić jego intencje. Chłopak zauważył reakcję psa i zatrzymał się, dając mu czas. Po chwili ciało psa się rozluźniło, a jego wrogość wyraźnie osłabła.

Zwierzęta mają znacznie lepszą intuicję niż ludzie. Pies wyczuł w chłopaku coś uspokajającego, coś, co wzbudzało zaufanie i chęć zbliżenia się.

Chłopak podszedł powoli, delikatnie wyciągnął rękę i położył ją na głowie psa.

Czarny pies zadrżał i cicho zapiszczał – nie ostrzegawczo, lecz jakby z wdzięcznością.

Na twarzy chłopca pojawił się łagodny uśmiech, który rozjaśnił jego oblicze. Gładził głowę psa raz za razem, przesuwając smukłymi, bladymi palcami po skołtunionej sierści. Nie wydawał się wcale zrażony jej brudem. Pies przymknął oczy z zadowoleniem i uspokoił się, nie zwracając już uwagi na Dong Zhi, który podszedł bliżej.

Chłopak mówił do psa cichym głosem:

– Wszystko będzie dobrze, nie boli, po prostu zaśnij, a będzie dobrze.

Pies jakby rozumiał te słowa i przestał się szarpać, gdy Dong Zhi podał mu zastrzyk ze znieczuleniem.

Podczas gdy wszyscy zebrani wokół stołu patrzyli na psa, Yan Yue nie mógł oderwać wzroku od chłopca. W jego sercu szalała burza emocji. Czuł, że naprawdę traci rozum. Patrzył, jak chłopiec głaszcze psa z taką czułością i myślał tylko o tym, by ta dłoń dotknęła jego głowy.

Słowo od tłumacza:

Wreszcie się spotkali!!!

Cattuccino

Wasze wsparcie sprawia, że mogę dalej poświęcać czas i energię na tłumaczenie opowiadań, które tak lubicie. Każdy gest, nawet najmniejszy, pomaga mi utrzymać stronę i rozwijać się w tym, co kocham robić. Jeśli doceniacie moją pracę i chcielibyście wesprzeć mnie w dalszym tworzeniu, serdecznie zapraszam do wpłacenia datku przez Ko-fi. Dzięki Wam mogę dostarczać kolejne rozdziały!

Dziękuję za Waszą życzliwość i wsparcie!

Dodaj komentarz