
Bądź na bieżąco!
Jeśli chcesz być informowana/y o nowych rozdziałach kliknij przycisk znajdujący się obok!
Cudowne życie - rozdział 20
Słowo od tłumacza:
Dziękuję serdecznie za ko-fi „Aga61”. Specjalnie dla Ciebie już ostatni z trzech dzisiejszych rozdziałów:) Dziękuję za wsparcie!!! To dla mnie duża motywacja 🙂 Hasło do opowiadania premium zatytułowanego „Szczęściarz” (moje ukochane opowiadanie) wysłałam mailem 🙂
Siła natury — nagroda, którą panel przyznał mu po uratowaniu kliwii. Lu Lingxi długo próbował zrozumieć, czym właściwie ta siła była. Nie spodziewał się jednak, że jej zastosowanie odkryje właśnie teraz.
Stojąc przed komunikatem wyświetlonym na panelu, Lu Lingxi nie podjął decyzji od razu. Czy chciał ocalić tę roślinę? Oczywiście, że tak. Ale nie śmiał tego zrobić tu i teraz. Nie wiedział, w jaki sposób panel przeprowadzi „ratunek” — a jeśli wokół dzikiej orchidei nagle zacznie dziać się coś nadnaturalnego, zbyt wiele oczu mogłoby to zauważyć. W takim przypadku on sam mógłby trafić nie do domu, lecz do laboratorium, jako osobliwy okaz do zbadania.
Podczas gdy się wahał, staruszkowie kucający przy roślinach pozbierali kilka okazów, które nie wyglądały jeszcze na zupełnie martwe. Orchidei z połamanymi korzeniami nikt nie tknął — było jasne, że nikt nie dawał jej szans.
Su Weizheng również przykucnął i z ciekawością sięgnął po jedną z porzuconych sadzonek.
— Nie patrz tak od razu na te rośliny jak na stracone — rzucił do Lu Lingxi’ego z uśmiechem. — W rękach kogoś doświadczonego nawet z nich można coś jeszcze wyciągnąć. Chodź, przyjrzyj się, niektóre są naprawdę godne pożałowania.
Lu Lingxi posłusznie przykucnął przy staruszku, ale jego uwaga cały czas skupiona była na dzikiej orchidei o uszkodzonych korzeniach.
Su Weizheng szybko zauważył jego spojrzenie i uśmiechnął się porozumiewawczo.
— Co? Xiao Lu chce spróbować swoich sił?
Chłopak skinął głową i ostrożnie podniósł roślinę.
Orchidee słynęły z wytrzymałości. Nawet po całkowitym obumarciu korzeni potrafiły czasem wypuścić nowe. Ale ta tutaj wyglądała na całkowicie zwiędłą. Nic dziwnego, że nikt nie uznał jej za wartą zachodu. A jednak Lu Lingxi miał w sobie młodzieńczy upór i zapał — Su Weizheng patrzył na niego z czułością, niemal jak na własnego wnuka. Nie chciał gasić tego entuzjazmu. Zamiast tego rzucił żartobliwie:
— Xiao Lu ma ambicje. Jeśli uda ci się przywrócić tę orchideę do życia, koniecznie pokaż mi efekty. Może i ja się czegoś od ciebie nauczę.
Lu Lingxi pokiwał głową z pełną powagą. Skoro panel wyświetlił komunikat, znaczyło to, że jest szansa — i że naprawdę da się ją uratować.
Z powodu tej dzikiej orchidei cała uwaga Lu Lingxi’ego przestała skupiać się na targu kwiatowym. Myślał już tylko o tym, jak najszybciej wrócić do domu i uratować swoją zdobycz. Ale przecież to dziadek Su zaprosił go na targ — a byli dopiero w połowie drogi. Lu Lingxi czuł się więc niezręcznie, by tak nagle zapowiedzieć, że chce już wracać.
Su Weizheng dostrzegł jego niecierpliwość i z uśmiechem zaproponował:
— Zróbmy przerwę na dziś. Stary człowiek taki jak ja nie ma już sił, żeby łazić po całym rynku. Dokończymy innym razem.
Lu Lingxi poczuł się trochę skrępowany.
— Dziadku Su…
— Idź, idź — machnął ręką staruszek. — Może jeszcze zdążę na śniadanie z Su Langiem. Jak ten łobuz nie wyszedł z domu, to mu coś przyniosę.
Lu Lingxi zaskoczony uniósł brwi. Od dawna nie myślał o doktorze Su i był przekonany, że tamten wrócił już do Zhongjing.
— Doktor Su nie wrócił do Zhongjing?
— A gdzie tam — Su Weizheng pokręcił głową. — Rzucił pracę. Teraz przyłączył się do jakiejś organizacji wolontariackiej zajmującej się białaczką. Biega to tu, to tam, i rzadko bywa w domu.
Choć mówił to tonem lekkiego zrzędzenia, w jego oczach błyszczało zadowolenie. Kiedy Su Lang mieszkał w Zhongjing, widywali się może kilka razy w roku. A teraz, nawet jeśli codziennie gdzieś znikał, to wieczorami musiał wracać — i tym samym mogli widywać się niemal codziennie.
— Zrezygnował z pracy? — powtórzył Lu Lingxi z niedowierzaniem. Z tonu dziadka Su można było wyczytać, że ten nie tylko nie miał mu tego za złe, ale wręcz był dumny z decyzji wnuka. A jednak Lu Lingxi nie mógł zrozumieć powodów rezygnacji.
Rodzina Lu miała rozległe wpływy — pamiętał, jak wtedy, gdy on i jego brat trafili do szpitala, placówka od razu powołała zespół najlepszych specjalistów, by zająć się leczeniem brata. W tym właśnie zespole był Su Lang. Pielęgniarka, z którą kiedyś rozmawiał mimochodem, wspominała, że choć doktor Su był młody, to miał za sobą staż zagraniczny, a szpital traktował go jak jeden ze swoich największych talentów. Przydzielenie go do zespołu ekspertów miało być początkiem jego kariery i wejściem na szybką ścieżkę awansu. Dlaczego więc miałby sam zrezygnować z takiej przyszłości?
Su Weizheng przypomniał sobie, dlaczego Su Lang zrezygnował z pracy. Westchnął ciężko i rzucił wymijająco:
— Jeden z jego pacjentów miał wypadek. Wziął to do siebie, nie mógł się z tym pogodzić… i odszedł.
— Ach — odpowiedział cicho Lu Lingxi. Wyczuł, że dziadek Su nie ma ochoty rozwijać tematu, więc nie dopytywał. Nie powiązał tej historii ze sobą, po prostu poczuł żal do Su Langa.
Przed wejściem na targ kwiatowy ich drogi się rozeszły — dom Su Weizheng znajdował się w przeciwnym kierunku niż Tiny Garden. Lu Lingxi odprowadził staruszka wzrokiem, a potem wraz z Daheiem pobiegł lekkim truchtem w stronę sklepu. Gdy tylko zamknął drzwi, ostrożnie postawił dziką orchideę o połamanych korzeniach na stole.
Panel natychmiast się uaktywnił.
Roślina obumarła. Czy chcesz użyć siły natury, by ją ocalić?
Lu Lingxi już miał kliknąć „tak”, gdy nagle przypomniał sobie o Daheiu. A co jeśli panel wywoła jakieś niezwykłe zjawisko i przestraszy psa? Spojrzał w dół, na Daheia leżącego cicho u jego stóp. Pies patrzył na niego spokojnym wzrokiem.
Chłopak zawahał się na moment. Czy powinien zamknąć Daheia w innym pokoju? W końcu przykucnął, pogładził go po głowie i poważnie powiedział:
— Bądź grzeczny. Schowaj się za mną, bo może się zaraz wydarzyć coś dziwnego. Ale nie bój się.
Czy Dahei go zrozumiał — nie wiadomo. Ale potrącił jego dłoń nosem, wydał z siebie ciche szczeknięcie i ułożył się spokojnie na podłodze.
Lu Lingxi uśmiechnął się z wdzięcznością i ostrożnie kliknął „tak” na panelu. Serce biło mu szybciej. Jak panel miał zamiar przywrócić orchideę do życia? Czy pojawi się oślepiające białe światło, jak w filmach science-fiction? A może roślina zniknie i powróci z całkiem nowymi korzeniami?
Przez głowę przemknęły mu najdziwniejsze scenariusze — jednak rzeczywistość okazała się zaskakująca w swojej… zwyczajności.
Nie wydarzyło się absolutnie nic.
Lu Lingxi:
— ……
Wpatrywał się w orchideę dłuższą chwilę. Naprawdę — żadnych błysków, żadnych tajemniczych odgłosów, żadnych cudów. Orchidea nie zniknęła ani się nie zmieniła. Nie poddając się, Lu Lingxi ponownie zeskanował roślinę. Tym razem dane na panelu się zmieniły. Chłopak aż zamarł, gdy je zobaczył:
Nazwa rośliny: Dzika orchidea wiosenna
Potrzeby rośliny: Ukorzenienie
Żywotność: Bardzo niska
Wzrok Lu Lingxi przesunął się po linijkach: potrzeby rośliny, żywotność rośliny. Poczuł delikatne rozczarowanie, ale po chwili namysłu uznał, że… to przecież logiczne. Mijał niemal miesiąc, odkąd odkrył istnienie panelu — i chociaż wciąż nie potrafił dokładnie określić, czym on właściwie był, z czasem nabrał pewnych podejrzeń. Panel — jakkolwiek niezwykły — pozostawał jedynie narzędziem wspomagającym. Nie mógł działać wbrew naturze, a jedynie z nią współgrać.
W świetle pojawiającego się wcześniej komunikatu, Lu Lingxi doszedł do wniosku, że wspomniane „ocalenie” oznaczało raczej powrót orchidei do stanu życia — wyprowadzenie jej ze śmierci — ale o tym, czy uda się ją rzeczywiście odratować, miała już zadecydować jego własna praca i troska.
Kiedy zrozumiał to w pełni, zabrał się do działania.
Choć korzenie orchidei były w znacznym stopniu uszkodzone, dopóki tliło się w niej życie, istniała nadzieja. Chłopak przypomniał sobie technikę stosowaną przy podobnych przypadkach — tzw. „wzbudzanie korzeni”. W przypadku orchidei, które miały bardzo mało zdrowych korzeni lub gdy korzenie były częściowo złamane, należało najpierw dokładnie oczyścić roślinę, szczególnie jej korzenie, i poddać je starannej dezynfekcji. Następnie otulało się uszkodzone części wilgotnym mchem wodnym, tworząc wokół nich czyste, przewiewne, wilgotne i pozbawione nawozów środowisko. Roślinę należało umieścić w przewiewnym miejscu, osłoniętym od bezpośredniego światła słonecznego. Po kilku dniach powinny zacząć pojawiać się nowe korzenie. A gdy już się rozwiną — jak u człowieka, któremu przywrócono funkcję wchłaniania — można było stopniowo zacząć dokarmiać orchideę, aż w końcu odzyska pełną siłę.
Wszystko, co potrzebne — i płyn dezynfekujący, i mech wodny — było dostępne w Tiny Garden. Lu Lingxi najpierw przygotował roztwór w odpowiednich proporcjach, potem namoczył mech, pozwalając mu dokładnie nasiąknąć. Dopiero gdy wszystko było gotowe, przystąpił z wielką ostrożnością do czyszczenia delikatnych korzeni.
Kiedy o dziewiątej Tiny Garden otworzyło drzwi dla klientów, orchidea o połamanych korzeniach była już starannie opatulona mchem i ustawiona niedaleko wejścia — w miejscu, gdzie nie dosięgały jej promienie słońca, ale miała dostęp do światła i świeżego powietrza.
Na białym panelu pojawił się komunikat:
Leczenie dzikiej orchidei wiosennej zakończone sukcesem. Nagroda: +1 serce rośliny.
To było tylko jedno serce rośliny, a nie moc natury. Gdy ta myśl przemknęła przez jego głowę, Lu Lingxi parsknął cicho śmiechem, zdając sobie sprawę, że zrobił się zachłanny. Ostatnim razem, gdy uratował kliwię, zupełnie niespodziewanie otrzymał premię w postaci mocy natury. A kiedy odkrył, jak wyjątkowa była ta moc, nie mógł się powstrzymać, by i tym razem nie mieć nadziei. W gruncie rzeczy jednak, to było zbyt chciwe myślenie. Już sam fakt, że udało mu się przywrócić do życia tę dziką orchideę wiosenną, był przecież nagrodą samą w sobie — i to największą z możliwych.
Lu Lingxi wciąż miał w pamięci słowa Su Weizhanga: dobrze wypielęgnowana, ta orchidea mogła być warta nawet trzysta tysięcy.
Trzysta tysięcy…
Dla Lu Lingxi sprzed „odrodzenia” pieniądze nie miały żadnego znaczenia — nie musiał ich wydawać, nie miał nawet gdzie. Ale teraz zrozumiał, jak ogromne mają znaczenie. A trzysta tysięcy? To była suma wręcz zawrotna. Taka kwota pozwoliłaby mu otworzyć własny mały sklep ogrodniczy, pracować w nim za dnia, a wieczorami uczęszczać na kursy. Wang Shuxiu mogłaby rzucić wykańczającą pracę i wreszcie odpocząć. Mogliby też sprzedać mieszkanie i przenieść się do innego miasta, nie martwiąc się już, że Lu Yishui znowu wpadnie w długi i zacznie ich nękać.
Lu Lingxi patrzył na orchideę z jasnym spojrzeniem, jakby widział w niej swoją przyszłość. Potem odwrócił się do Daheia, uśmiechnął się i pogładził go po głowie.
— Dahei, pilnuj tej orchidei jak oka w głowie. Od niej zależą wszystkie twoje przyszłe udka z kurczaka.
Dahei zmrużył oczy, przesunął się parę kroków do przodu i położył się u stóp stołu, na którym stała orchidea.
Lu Lingxi: „……”
W porze lunchu Lu Lingxi opowiadał Dong Zhiemu zabawne historie z udziałem Daheia, zwłaszcza poranną przygodę z bułkami. Śmiał się sam z siebie, nie mogąc nawet dokończyć zdania. Dahei naprawdę wniósł w jego życie mnóstwo radości i ciepła.
Właśnie gdy Lu Lingxi śmiał się do rozpuku, drzwi sklepu się otworzyły i do środka wszedł Yan Yue. Wystarczyło jedno spojrzenie na roześmianą twarz chłopaka, by cała suchość i ciężar, które dławiły go od środka, zniknęły bez śladu. Jakby strumień lodowatej wody obmył go od stóp do głów, przynosząc upragnione ukojenie.
— Panie Yan!
Po tym, jak raz przejechał się samochodem Yana Yue, Lu Lingxi poczuł między nimi nić znajomości, dlatego teraz przywitał go z promiennym uśmiechem.
Powitanie Lu Lingxi zabrzmiało dla Yan Yue niczym kuszący śpiew morskiej syreny. Bezwiednie zrobił dwa kroki w jego stronę, czując jak serce w jego piersi bije jak oszalałe, domagając się — bliżej, jeszcze bliżej. Na szczęście resztki samokontroli zdołały powstrzymać nogi przed kolejnym ruchem i Yan Yue zatrzymał się na krok od chłopaka.
— Przyszedłeś zobaczyć się z Daheiem? — zapytał Lu Lingxi z uśmiechem w oczach, zupełnie nieświadomy dziwnego zachowania Yan Yue.
Z tak niewielkiej odległości chłopak patrzył na niego uważnie. Yan Yue widział własne odbicie w głębokich, ciemnych oczach chłopca — czystych niczym kryształ. Serce zaczęło mu bić jeszcze szybciej, w zupełnie niekontrolowanym rytmie. Tak bardzo, że nawet nie usłyszał pytania, które padło przed chwilą, wpatrując się tylko w milczeniu.
— Dahei! — Lu Lingxi przechylił głowę, wołając psa.
Dahei, który do tej pory leżał przy drzwiach całkowicie ignorowany przez Yan Yue, powoli podniósł się, machnął ogonem i dostojnie podszedł, siadając naprzeciwko mężczyzny.
Pies i człowiek spojrzeli sobie długo w oczy, po czym Dahei wydał z siebie ciche, ostrzegawcze szczeknięcie.
Na ustach Yan Yue mimowolnie zagościł uśmiech. Głupi pies.
Po tym, jak nacieszył oczy chłopcem i poświęcił pół godziny na milczące wpatrywanie się w Daheia, Yan Yue nie znalazł już żadnego pretekstu, by zostać dłużej. Gdy tylko wyszedł, Dong Zhi, który przez cały ten czas stał z boku, rzucił niepewne spojrzenie Lu Lingxi. Wczoraj, jedząc w pobliskiej restauracji, zasłyszał pewną plotkę…

Wasze wsparcie sprawia, że mogę dalej poświęcać czas i energię na tłumaczenie opowiadań, które tak lubicie. Każdy gest, nawet najmniejszy, pomaga mi utrzymać stronę i rozwijać się w tym, co kocham robić. Jeśli doceniacie moją pracę i chcielibyście wesprzeć mnie w dalszym tworzeniu, serdecznie zapraszam do wpłacenia datku przez Ko-fi. Dzięki Wam mogę dostarczać kolejne rozdziały!
Dziękuję za Waszą życzliwość i wsparcie!