wow

Bądź na bieżąco!

Jeśli chcesz być informowana/y o nowych rozdziałach kliknij przycisk znajdujący się obok!

Cudowne życie - rozdział 23

— Wypluj to, wypluj! — Lu Lingxi porzucił podlewanie i w panice próbował otworzyć Daheiowi pysk, by zmusić go do wyplucia resztek. Niestety, pies zjadł tak szybko, że po pomidorze nie zostało nawet śladu.

Lu Lingxi oniemiał, a zmartwienie o stan Daheia ścisnęło mu serce. Pacnął go więc kilka razy palcami w łeb i zganił surowo:

— Jak możesz tak jeść byle co?

Dahei rozdziawił paszczę i zmrużył oczy, patrząc na Lu Lingxi z niewinnym wyrazem pyska.

Skoro już zjadł, Lu Lingxi nie miał innego wyjścia — musiał po prostu obserwować, czy nie pojawią się jakieś objawy. Człowiek i pies gapili się na siebie aż do północy. Dahei wciąż był pełen wigoru, ale Lu Lingxi oczy same się zamykały i w końcu odpłynął w sen, półprzytomny ze zmęczenia.

Ponieważ zasnął bardzo późno, następnego ranka nie zdołał wstać o piątej i przegapił moment, by wybrać się na targ kwiatowy. Obudził go dopiero telefon od Wang Shuxiu.

— Idę po pracy do cioci Lin, rano mnie nie będzie, więc pamiętaj, żeby kupić sobie śniadanie.

Wang Shuxiu zarzuciła go kilkoma poleceniami i rozłączyła się, zanim Lu Lingxi zdążył cokolwiek powiedzieć. Przetarł oczy i rzucił telefon na bok, nagle przypominając sobie o wczorajszym wieczorze.

— Dahei?

Na dźwięk imienia pies, który leżał przy wezgłowiu łóżka, natychmiast podszedł i z entuzjazmem zaczął lizać mu twarz. Lu Lingxi pogładził Daheia po sierści, upewnił się, że wszystko z nim w porządku, i dopiero wtedy poczuł ulgę.

Po porannej toalecie zajrzał do ogródka z tyłu. Wieczorem podlał tylko połowę grządek, a teraz pomidory po tej stronie zaczynały już czerwienieć. Z kolei te z niepodlewanej części wciąż były lekko zielone. Zorientował się, że ma jeszcze trochę czasu, więc postanowił dokończyć podlewanie z wczoraj.

Właśnie kończył podłączać wąż, gdy przez ogrodzenie przelazł Yi Hang i zgrabnie zeskoczył do środka.

— Lao San… o ja pierdzielę, ty im jakiś dopalacz dajesz?

Obchodząc róg domu, Yi Hang spojrzał na pomidory, które aż uginały się od ciężaru owoców, i nie mógł uwierzyć własnym oczom.

— Te nasiona to chyba jakaś szybkorosnąca odmiana — odpowiedział wymijająco Lu Lingxi. — Tak mi się wydaje.

Yi Hang nie znał się na takich rzeczach, więc tylko przytaknął i odpuścił temat. Sięgnął po pomidora wielkości pięści. Był lekko twardy w dotyku, skórka dopiero zaczynała się rumienić, wyglądał jeszcze trochę niedojrzale. Yi Hang był z początku tylko ciekawy — nie spodziewał się, że Lao San naprawdę uprawia pomidory. Ale kiedy zbliżył owoc do nosa, poczuł jego delikatny, naturalny zapach. Nie mogąc się oprzeć, podniósł rąbek koszulki, przetarł nią pomidora i bez ceregieli ugryzł go wprost.

Lu Lingxi:

 — …nie jedz go.

Właśnie schylał się po wąż, więc zanim zdążył zareagować, Yi Hang już przegryzał pomidora — było za późno na ostrzeżenia.

Yi Hang pochłonął pomidora w trzech kęsach i spojrzał zdziwiony.

— Co takiego?

Lu Lingxi przypomniał sobie wczorajszą noc, kiedy martwił się o Daheia i przeszukiwał telefon w poszukiwaniu informacji. W wielu źródłach pisano, że lepiej nie jeść niedojrzałych pomidorów — zawierają ponoć coś, co może być szkodliwe dla zdrowia.

Yi Hang machnął ręką.

— E tam, od jednego nic się nie stanie. Za bardzo się przejmujesz, Lao San. Zresztą, myślisz, że te pomidory sprzedawane na straganach są dojrzałe tylko dlatego, że są czerwone?

Mówiąc to, już sięgał po kolejnego, ale napotkawszy karcące spojrzenie Lu Lingxi, zaśmiał się i zrezygnował.

— A tak w ogóle — kontynuował z entuzjazmem — skąd masz te nasiona? Smak jest naprawdę świetny.

Yi Hang zmrużył oczy, delektując się resztką smaku i z uznaniem pokiwał głową. Pomidor był jeszcze zielonkawy, ale smakował słodko-kwaśno, idealnie. Może tylko odrobinę brakowało mu soku — właśnie przez to, że nie był całkiem dojrzały. I tak jednak bił na głowę te bezsmakowe pomidory z rynku. Smakował dokładnie tak, jak Yi Hang zapamiętał z dzieciństwa.

Po tych pochwałach Yi Hang oznajmił donośnie, że tej lata cały zapas pomidorów będzie zależał od Lu Lingxi. Kiedy już dojrzeją, niech Lao San pamięta o swoim bracie.

Lu Lingxi westchnął bezradnie i spojrzał na Yi Hanga tym samym spojrzeniem, którym jeszcze wczoraj obdarzył Daheia.

Yi Hang uśmiechnął się i właśnie miał wejść do środka, gdy nagle znieruchomiał, zaskoczony widokiem Daheia.

— O ja pierdzielę, kiedy ty psa wziąłeś, Lao San?

Nie dziwota, że był zaskoczony — Dahei leżał cicho przy ziemi, a przed nim stało małe wiaderko. Gdy nie patrzyło się uważnie, można było go w ogóle nie zauważyć. Ich spojrzenia się spotkały i Yi Hang odruchowo cofnął się o krok. Nie wiedział, czy to tylko jego wyobraźnia, ale miał wrażenie, że pies patrzył na niego czujnym wzrokiem, jakby gotów był skoczyć i ugryźć w każdej chwili.

— To jest Dahei — powiedział Lu Lingxi, podchodząc i głaszcząc psa po głowie. — A to Yi Hang, Dahei. Zapamiętaj go sobie.

Dahei spojrzał jeszcze raz na Yi Hanga, po czym opuścił głowę i odwrócił wzrok. Ostatnim razem, gdy ugryzł Lu Yishui, Lu Lingxi surowo mu przypomniał, że nie wolno gryźć ludzi bez powodu. A że Yi Hang zawsze wolał przeskakiwać przez płot niż wchodzić przez bramę, Lu Lingxi coraz bardziej obawiał się, że któregoś dnia Dahei może uznać go za intruza.

W obecności Lu Lingxi’ego Yi Hang odzyskał odwagę i miał nawet ochotę zaczepić Daheia.

— Yo, Dahei, tak? Znajdę ci kiedyś jakąś suczkę, co ty na to?

Lu Lingxi: — ……

Dahei zmrużył oczy, spojrzał na Yi Hanga z góry, po czym ostentacyjnie odwrócił się tyłem, prezentując mu zad.

Yi Hang: — ……

Lu Lingxi nie potrafił powstrzymać śmiechu. Choć Dahei nie był już tak nieufny wobec wszystkich, jak na początku, to jednak — być może ze względu na swoją osobowość — nie zawracał sobie głowy zwykłymi ludźmi. Tylko brat Dong i Yan Yue potrafili przyciągnąć jego uwagę na dłużej. Lu Lingxi sądził, że to pewnie dlatego, że to właśnie oni uratowali kiedyś Daheiowi życie.

Poirytowany Daheiem, Yi Hang spojrzał na Lu Lingxi z udawaną urazą.

— A tak w ogóle, Lao San, muszę ci coś powiedzieć.

Tym razem Yi Hang przyszedł do Lu Lingxi celowo, po tym jak usłyszał od matki wiadomość o Du Lin.

— Moja kuzynka być może wkrótce wróci do rodzinnych stron.

Lu Lingxi zmarszczył brwi.

— Siostra Du jedzie w odwiedziny do domu?

Yi Hang od razu zorientował się, że Lu Lingxi nie zrozumiał, co miał na myśli, i cierpliwie wyjaśnił:

— Nie chodzi o odwiedziny. Obawiam się, że tym razem to już na stałe. Słyszałem, jak moja matka wspominała, że stary dom kuzynki ma zostać wyburzony, a w ramach rekompensaty dostaną mieszkanie i lokal użytkowy. Jej mąż chce wrócić na wieś i tam się rozwijać.

Lu Lingxi zareagował natychmiast:

— Czyli chcesz powiedzieć, że Tiny Garden zostanie zamknięte?

Yi Hang pokręcił głową.

— Niekoniecznie. Kuzynka włożyła w Tiny Garden mnóstwo serca. Z pewnością nie chce tak po prostu zamykać sklepu. Albo znajdzie kogoś, kto będzie się nim opiekował — na przykład ciebie — albo go sprzeda.

Lu Lingxi westchnął cicho i już się nie odezwał.

To, co powiedział Yi Hang, było właśnie tym, co od pewnego czasu spędzało sen z powiek Du Lin. Kilka lat temu ukończyła studia i zaczęła pracować u innych. Gdy odłożyła trochę pieniędzy, otworzyła Tiny Garden. Można powiedzieć, że ten sklep był dla niej jak drugie dziecko, w które włożyła całe serce i mnóstwo energii. W głębi duszy nie potrafiła się z nim rozstać, ale perspektywa powrotu do rodzinnego miasta była kusząca i niełatwo było podjąć decyzję.

— Linzi, mówię ci, taka okazja nie zdarza się często. Nawet jeśli nie myślisz o sobie, to pomyśl o naszych przyszłych dzieciach. Żadne z nas nie ma meldunku w Fengcheng, a nie stać nas na zakup mieszkania tutaj. Przecież nie będziemy wynajmować, gdy urodzi się dziecko. A nawet jeśli wynajmiemy, to co potem z przedszkolem, szkołą? Teraz u nas na wsi burzą domy i dają od ręki dwa mieszkania. Sprzedamy jedno, kupimy lokal i wrócimy do ogrodnictwa. Czy to nie lepsze niż życie tutaj?

To mówił mąż Du Lin, Zhang Hua. Miał już dosyć tułaczki i pragnął powrotu do stabilnego życia. Problem polegał na tym, że choć mówił o sprzedaży jednego mieszkania i kupnie lokalu na sklep, to te pieniądze wciąż były niewystarczające. W jego kalkulacji trzeba było sprzedać także Tiny Garden i jeszcze trochę pożyczyć, by plan się zrealizował. I to właśnie Tiny Garden było tym, z czym Du Lin nie potrafiła się rozstać.

— Pomyślę o tym — zawahała się Du Lin.

— O czym tu jeszcze myśleć? — Zhang Hua był wyraźnie zniecierpliwiony. Sklepów na tej ulicy było jak na lekarstwo, a krewni z rodzinnych stron specjalnie zatai­li przed nimi wieści o wyburzeniach, chcąc ich uprzedzić i skorzystać z okazji. Dopiero co dowiedzieli się, że ich stary dom ma zostać zburzony. Skoro i tak są już spóźnieni, nie mogli sobie pozwolić na dalszą zwłokę — nie zostało już nic godnego uwagi.

— Linzi, przecież sama mówiłaś, że Xiao Lu to dobry chłopak. Rozsądny, kocha kwiaty i rośliny tak samo jak ty. Sprzedawać obcym to ryzyko, ale jemu? Czego tu się obawiać?

Du Lin milczała. Gdyby naprawdę miała sprzedać sklep, Lu Lingxi byłby świetnym kandydatem. Obawiała się tylko, że chłopak nie będzie miał wystarczających pieniędzy. Małżeństwo długo się naradzało, lecz sprawa przeciągała się o kolejne pół tygodnia. Dopiero trzy dni później Du Lin sama powiedziała o wszystkim Lu Lingxi.

— Xiao Xi, sprawa wygląda tak, co o tym myślisz?

Tego ranka Du Lin przyszła do sklepu, obejmując swój ciążowy brzuch. Choć zazwyczaj nie była osobą niezdecydowaną, tym razem długo nie mogła się zdecydować. Gdy jednak już podjęła decyzję, działała konkretnie. W jej oczach Lu Lingxi był idealnym kandydatem na przejęcie Tiny Garden. W zaledwie pół miesiąca pracy w sklepie chłopak zyskał dobrą opinię wśród mieszkańców, a przyszłość sklepu rysowała się w jasnych barwach. Du Lin szczerze lubiła Lu Lingxi i wierzyła w sukces Tiny Garden, dlatego chciała dać mu szansę. Oczywiście miała też swoje pobudki — nie potrafiła oddać owocu swojej wieloletniej pracy komuś przypadkowemu. Czas naglił, a ona nie mogła pozwolić sobie na powolne poszukiwania następcy. Bała się, że ktoś niekompetentny zrujnuje to, co tak długo budowała.

Kiedy skończyła mówić, spojrzała na Lu Lingxi z wyczekiwaniem, czekając na jego odpowiedź.

Od rozmowy z Yi Hangiem Lu Lingxi już o tym myślał, ale najważniejszy problem pozostawał ten sam — brak pieniędzy. Nadal był winien Yan Yue 400 tysięcy juanów.

Pod spojrzeniem pełnym nadziei, Lu Lingxi pokręcił głową z zakłopotaniem.

— Wiem, że siostra Du ma dobre intencje, ale… nie mam tylu pieniędzy.

Du Lin chwilę się zastanowiła i zaproponowała:

— Posłuchaj, Xiao Xi, nie podejmuj decyzji od razu. Porozmawiaj z rodziną, może uda się skądś pożyczyć. Nie patrz tylko na to, że teraz to duża kwota. Jak interes ruszy, za rok, dwa zaczniesz zarabiać. Praca na własny rachunek to zupełnie co innego niż bycie czyimś pracownikiem.

Jej słowa były pełne troski, dlatego Lu Lingxi kiwnął głową.

— Dobrze, porozmawiam z mamą i dam znać jutro, siostro Du.

— To będę czekać — odparła Du Lin i wyszła. W domu czekał na nią chaos do ogarnięcia.

Zaraz po jej wyjściu Lu Lingxi chwycił za długopis i zaczął liczyć. Tiny Garden to nie tylko sam sklep, ale też kilka wynajętych akrów ziemi, na których znajdowała się szkółka roślin — właśnie stamtąd pochodziły sadzonki do sprzedaży. Sklep był na wynajmie — umowa podpisana na trzy lata, a minął dopiero rok, więc zostały jeszcze dwa lata. Całość — sklep i szkółka — opiewała na około 200 tysięcy juanów. Po ostatnim pobycie w szpitalu większość oszczędności została wykorzystana, a Wang Shuxiu nie miała już wiele pieniędzy. To nie wystarczyłoby na zakup.

Lu Lingxi westchnął cicho i spojrzał na storczyka wiosennego, który właśnie zaczął się ukorzeniać. Jak bardzo życzyłby sobie mieć nagle pięć takich storczyków — wtedy pieniędzy starczyłoby na wszystko. Gdy coś go martwiło, nie umiał tego ukryć. Wszystkie emocje od razu malowały się na jego twarzy.

Kiedy Yan Yue po raz kolejny przyszedł do Tiny Garden z absurdalnym pytaniem typu „Ile godzin dziennie może się nasłoneczniać pelargonia?”, od razu dostrzegł, że z chłopakiem coś było nie tak.

Cattuccino

Wasze wsparcie sprawia, że mogę dalej poświęcać czas i energię na tłumaczenie opowiadań, które tak lubicie. Każdy gest, nawet najmniejszy, pomaga mi utrzymać stronę i rozwijać się w tym, co kocham robić. Jeśli doceniacie moją pracę i chcielibyście wesprzeć mnie w dalszym tworzeniu, serdecznie zapraszam do wpłacenia datku przez Ko-fi. Dzięki Wam mogę dostarczać kolejne rozdziały!

Dziękuję za Waszą życzliwość i wsparcie!

Dodaj komentarz