wow

Bądź na bieżąco!

Jeśli chcesz być informowana/y o nowych rozdziałach kliknij przycisk znajdujący się obok!

Cudowne życie - rozdział 24

—Yan Ge? — Lu Lingxi zobaczył wchodzącego Yan Yue i uśmiechnął się do niego, a jego wzrok natychmiast padł na pelargonię w dłoniach mężczyzny. — Czy z tą pelargonią znowu coś się dzieje?

Od kiedy Yan Yue trzy dni wcześniej kupił tę pelargonię w Tiny Garden, pojawiał się w sklepie codziennie, trzymając doniczkę w rękach niczym jakiś bezcenny skarb.

— Jak często powinno się ją podlewać?

— Lepiej postawić ją nocą przy łóżku czy na parapecie?

— Wczoraj chyba podlałem ją za mocno… jej korzenie chyba nie zgniją?

Lu Lingxi niczego nie podejrzewał — traktował Yan Yue jak każdego innego początkującego miłośnika roślin. Czasem trafiali się tacy klienci: pełni zapału, ale przesadnie troskliwi wobec swoich nowych zielonych podopiecznych. Niektórzy potrafili liczyć codziennie spadające płatki i wpadać w panikę, czy aby nie dzieje się coś złego. Sam Lu Lingxi również dopiero od niedawna zajmował się pielęgnacją roślin — jego jedynym atutem był tajemniczy biały panel. Żeby jednak nie wyglądać na kompletnie zielonego, ostatnio uczył się wytrwale i chłonął wiedzę jak gąbka. Odpowiadając na pytania klientów, sam utrwalał to, czego się nauczył.

Widząc Yan Yue, Lu Lingxi od razu zauważył pelargonię w jego rękach. Przyzwyczajony do jego troski o tę konkretną roślinę, nawet nie musiał pytać, by wiedzieć, że chodzi właśnie o nią. Spojrzał na Yan Yue i pomyślał, że musi to być człowiek o bardzo łagodnym sercu. Taki, który nie zawaha się uratować porzuconego psa w deszczową noc, który przejmie się świeżo zasadzoną pelargonią, który pożyczy pieniądze zupełnie obcemu człowiekowi. Z pozoru chłodny, w głębi duszy był zupełnie inny.

Podczas gdy Lu Lingxi patrzył na pelargonię, Yan Yue nie odrywał wzroku od jego twarzy. Zazwyczaj odpowiadał na każde pytanie chłopaka z całą powagą i tylko czekał na pretekst, by się do niego zbliżyć — nawet jeśli wiązało się to z powtarzaniem tych samych, może i głupich, pytań. Ale dziś było inaczej. Wyczuwszy, że coś leży chłopakowi na sercu, Yan Yue poczuł, że nie potrafi się uspokoić. Patrzył na jego uśmiech i zastanawiał się, o czym Lu Lingxi myślał przed jego przybyciem. Czy coś się stało? Czy chodziło o Lu Yishui? Czy ten uśmiech był naprawdę szczery?

Zamknął się w swoich myślach tak bardzo, że nieświadomie jego twarz posmutniała. Lu Lingxi spojrzał na niego z zaskoczeniem, mrugając zdziwiony.

Dopiero to spojrzenie wyrwało Yan Yue z zamyślenia. Zreflektował się i tonem pozornie obojętnym zapytał:

— Źle spałeś w nocy? Wyglądasz na trochę zmęczonego.

Choć chciał zapytać wprost, czy coś się wydarzyło, bał się, że może to chłopaka spłoszyć, więc zdecydował się na okrężną drogę.

Lu Lingxi zamarł na chwilę, po czym uśmiechnął się i pokręcił głową:

— Wszystko w porządku.

Jego odpowiedź zamknęła Yan Yue dalszą drogę do pytań. Mężczyzna posmutniał jeszcze bardziej, jego oczy przygasły. Pragnienie, by dowiedzieć się, co tak naprawdę trapi chłopaka, tylko się nasiliło.

Lu Lingxi nie zdawał sobie sprawy z jego rozterek. Skupił się ponownie na pelargonii, pochylając się, by dokładnie przyjrzeć się jej liściom. Yan Yue stał tuż obok, a jego spojrzenie wędrowało z twarzy chłopaka na jasną, smukłą szyję. Nie mógł się powstrzymać — w końcu zapytał:

— Coś się stało?

Lu Lingxi spojrzał na Yan Yue z zaskoczeniem, ale mimo to pokręcił głową, dając do zrozumienia, że wszystko w porządku. Sam do końca nie wiedział dlaczego, ale miał przeczucie, że gdyby tylko wspomniał o braku pieniędzy, Yan Yue bez wahania by mu je pożyczył. I właśnie to uczucie sprawiało, że nie chciał poruszać przy nim tematu Tiny Garden. Już i tak był mu winien czterysta tysięcy. Nie mógł przecież ciągle polegać na pieniądzach Yan Yue tylko dlatego, że ten był dobrym człowiekiem.

Kiedy Lu Lingxi uparcie milczał, Yan Yue czuł narastającą bezradność. Nie mógł jednak tego okazać — jego serce niemal bolało z frustracji. Do samego końca, aż opuścił sklep, nie zdobył się na to, by zapytać chłopaka, co go trapi.

Gdy wsiadł z powrotem do samochodu, jego twarz pociemniała, rysy przybrały nieco zacięty wyraz. Nie był zły na Lu Lingxi, tylko na siebie — na to, że wciąż pozostawał dla niego kimś obcym. Choć chciałby myśleć inaczej, najwyraźniej w oczach chłopaka był zaledwie znajomym, może trochę bliższym, ale jednak wciąż nie kimś, komu można się zwierzyć. Ta świadomość uwierała Yan Yue niczym zbyt ciasna koszula.

Tap, tap — dłońmi bezwiednie stukał w kierownicę. W końcu sięgnął po telefon i wykonał połączenie. Podczas poprzedniego dochodzenia w sprawie Lu Yishui, trzeci brat Ye Kanga — Ye Cheng — usłyszał, że Yan Yue przebywa w Fengcheng, i zostawił mu swój numer, mówiąc, że jeśli tylko będzie czegoś potrzebował, niech dzwoni bez wahania. Ye Cheng znał Yan Yue od dziecka, zawsze mu współczuł i traktował niemal jak młodszego brata. W przeszłości, kiedy Yan Yue uparcie przebywał za granicą i nie chciał wracać do kraju, ich kontakt osłabł — Ye Cheng był zajęty rozwijaniem własnej kariery. Ale teraz, gdy Yan Yue znów był w Chinach, Ye Cheng był gotów mu pomóc, jak tylko mógł.

Yan Yue rozłączył się i opuścił wzrok. Wiedział, że to, co robi, nie jest do końca w porządku. I był niemal pewien, że gdyby Lu Lingxi się o tym dowiedział, byłby wściekły. Ale nie potrafił się powstrzymać. Widząc, jak chłopak chodzi zmartwiony, nie mógł zapanować nad sobą — chciał po prostu wiedzieć, co się dzieje.

Do chwili, gdy Lu Lingxi skończył pracę, zdążył już uporządkować myśli dotyczące Tiny Garden. Du Lin naprawdę miała dobre intencje, a on sam lubił ten sklep. Ale przy jego obecnej sytuacji było to po prostu nierealne, żeby ot tak zebrać dwieście tysięcy. Nie chciał ruszać oszczędności Wang Shuxiu — wolał, żeby miała coś na czarną godzinę. Nie chciał też, by matka chodziła po ludziach i pożyczała dla niego pieniądze.

Był przecież jeszcze młody. Nawet jeśli Du Lin sprzeda sklep komuś innemu, on nadal mógłby tam pracować i starać się jak najlepiej. A jeśli nie — znajdzie podobną pracę, będzie oszczędzał przez kilka lat, aż w końcu otworzy własny sklep ogrodniczy. Zwłaszcza że miał jeszcze biały panel — dopóki będzie się starał i ciężko pracował, jego przyszłość nie mogła wyglądać źle.

Lu Lingxi wracał do domu, prowadząc Daheia u swego boku. Wang Shuxiu miała tego dnia wolne i wyjątkowo nigdzie się nie wybierała, więc nadarzyła się rzadka okazja, by matka i syn mogli wspólnie zjeść kolację.

— Idź szybko umyj ręce — zawołała.

Wang Shuxiu odliczyła czas i specjalnie poczekała z gotowaniem, aż Lu Lingxi wróci do domu. Jajka smażone z pomidorami właśnie zeszły z patelni, a słodko-kwaśny zapach unosił się w powietrzu już z daleka. Pomidory do tego dania zerwała z tyłu domu — wyrosły w przydomowym ogródku. Kiedy Lu Lingxi po raz pierwszy powiedział, że chce posadzić pomidory, uznała, że to tylko jego kolejna fanaberia. Nie przypuszczała jednak, że ten mały drań naprawdę się za to weźmie, i co więcej — że wyhodowane przez niego pomidory będą aż tak smaczne.

W zaledwie kilka dni widziała, jak owoce w ogródku rosną z rozmiaru paznokcia do wielkości dwóch pięści. Ich kolor był intensywnie czerwony, wyglądały na dojrzałe i aż uginały gałęzie pod swoim ciężarem.

Usłyszawszy polecenie, Lu Lingxi skinął grzecznie głową. Najpierw przykucnął i wytarł łapy Daheia, po czym poszedł umyć ręce i pomógł matce nakryć do stołu.

Kolacja była prosta, bez zbędnych udziwnień. Wang Shuxiu usmażyła jajka z pomidorami, kupiła pół pieczonego kurczaka, zrobiła jeszcze jedną zimną przystawkę i ugotowała biały ryżowy kleik. Zwykły domowy posiłek, ale w wykonaniu Wang Shuxiu potrawy nabierały niezwykłego smaku. Zwłaszcza jajka z pomidorami — słodko-kwaśne, aromatyczne — tak dobre, że Lu Lingxi zjadł aż trzy miski kleiku, zajadając się nimi z pomidorami.

— Te twoje pomidory w ogródku rosną naprawdę jak szalone. Jeśli znowu spotkasz tego, kto dał ci nasiona, pamiętaj, żeby mu podziękować — wspomniała Wang Shuxiu, nakładając mu kolejną porcję kleiku. Kilka dni temu, gdy zauważyła, że pomidory zaczynają dojrzewać, odruchowo zerwała jednego, umyła i ugryzła. Nie spodziewała się, że będzie aż tak soczysty i słodki — nie mogła się powstrzymać i od razu sięgnęła po kolejnego. Aż do wyjścia do pracy smak pomidora nie schodził jej z ust.

Później, ilekroć była w domu, myła i zjadała kolejne pomidory, a nawet zaczęła dodawać je do różnych dań.

Wczoraj, zanim wyszła na nocną zmianę, zerwała kilka sztuk, by zabrać je do pracy na przekąskę. Ledwo je wyciągnęła, a już zostały zjedzone przez koleżanki. Po zjedzeniu pomidorów, koleżanki pytały z zachwytem, gdzie je kupiła, bo smakowały jak owoce. Wang Shuxiu z dumą pochwaliła się, że wyhodował je jej syn, czym z miejsca wzbudziła zazdrość i podziw. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że ma świetnego syna. Gdy o tym myślała, serce jej rosło. Odkąd ten mały drań stracił pamięć, jej życie stało się o niebo spokojniejsze i radośniejsze niż dawniej.

Lu Lingxi odebrał miseczkę z rąk Wang Shuxiu i uśmiechnął się, nie mówiąc ani słowa.

Wang Shuxiu spojrzała na syna, jakby coś jej się właśnie przypomniało, i rzuciła mimochodem:

— Ten stary drań znowu przegrał w karty. Tym razem utopił jeszcze więcej pieniędzy i Xiao Feng wysłał go na północny zachód, żeby kopał węgiel.

Lu Lingxi zmarszczył brwi.

— … i co w związku z tym?

Wang Shuxiu prychnęła.

— A co niby ma z tego wynikać? Ten drań już nie ma z nami nic wspólnego. Świadectwo rozwodu nie wisi u nas na ścianie dla ozdoby. A poza tym słyszałam, że ta kopalnia Xiao Fenga to całkiem dobrze zorganizowane miejsce. Ubezpieczenie mają, jedzenie dobre, picie też. Trochę się popracuje, ale przynajmniej nie zajeżdżają tam ludzi na śmierć.

Ostatnim razem, gdy Lu Yishui popadł w długi, wrzeszczał, że Brat Feng go wyśle do kopalni i zagoni do grobu. Przez te wszystkie lata był na utrzymaniu Wang Shuxiu, lenistwo miał we krwi, więc nic dziwnego, że w jego oczach kopanie węgla było gorsze niż śmierć. Lu Lingxi wciąż nie potrafił zrozumieć jego sposobu myślenia. Co było takiego pociągającego w hazardzie? Lubił go aż tak, że wolał porzucić żonę i dziecko, by włóczyć się po świecie, oszukując i naciągając ludzi? Lu Lingxi nie wiedział, co o tym myśleć, i spuścił wzrok, milcząc.

Kiedy Wang Shuxiu się najadła, wstała od stołu i zabrała się za sprzątanie kuchni, a Lu Lingxi — korzystając z okazji — ukradkiem podał Daheiowi kurzą nogę, której nikt nie zjadł. Dahei rzucił okiem w stronę kuchni, chwycił mięso zębami i pomknął na tyły domu.

W tym momencie Yi Hang przeskoczył przez płot i zobaczył, jak Dahei zajada kurczaka. Zerwał jednego z pomidorów, ugryzł go i zawołał w stronę Lu Lingxi:

— Lao San, twój pies to ma życie jak u Pana Boga za piecem. Ciągle je kurczaki!

Lu Lingxi:

— ……

Słysząc to, Wang Shuxiu wychyliła się z kuchni i spojrzała groźnie na syna. Skrzywiła usta, widząc jego zakłopotaną minę, i mruknęła:

— Jak nie chcesz jeść kurczaka, to od razu podtykasz go ukradkiem Daheiowi. Ty mały gagatku, kombinujesz nawet z własną matką?

Lu Lingxi uśmiechnął się szeroko. Wang Shuxiu tylko przewróciła oczami, spojrzała z dezaprobatą i wróciła do zmywania.

Gdy Lu Lingxi chciał posprzątać naczynia, Wang Shuxiu go powstrzymała:

— Daj spokój, ja się tym zajmę. Idźcie z Yi Hangiem, pobawcie się trochę.

Zrobiło się jej żal syna. Yi Hang był starszy, a całe dnie się obijał i włóczył po okolicy. A jej syn pracował już od ponad dwóch tygodni, a do tego codziennie wieczorem siadał do książek. Słyszała, że często uczył się aż do północy. Wcześniej, kiedy Lu Lingxi obijał się z Yi Hangiem, złościło ją, że nie bierze się do roboty. Ale teraz, kiedy pracował sumiennie, zaczęła współczuć temu swojemu małemu łobuzowi.

Wygonieni z kuchni, obaj chłopcy usiedli na schodkach, a Lu Lingxi machał nogami, obserwując Daheia zjadającego kurczaka. Yi Hang wziął kolejnego pomidora, opłukał go i wgryzł się w niego mówiąc:

— Moja kuzynka już się z tobą kontaktowała? Co będzie z Tiny Garden?

— Tak, rozmawiałyśmy. Siostra Du chce, żebym przejął sklep, ale nie mam pieniędzy.

— Szkoda — westchnął Yi Hang. — Ile?

— Dwieście tysięcy, chyba.

Yi Hang pogrzebał w kieszeni. Miał tam tylko kilkaset yuanów. Chciał zaproponować, że je da, ale wstydził się, że to tak mało.

— Powiedziałeś ciot… to znaczy, siostrze?

Lu Lingxi nie mógł powstrzymać śmiechu, słysząc jak Yi Hang w ostatniej chwili poprawia formę zwracania się do Wang Shuxiu.

— Mama już nie ma za wiele pieniędzy. I tak długo je odkładała, dobrze by było, gdyby miała coś na czarną godzinę. Mam tylko jedną prośbę — nie mów jej o tym, dobra?

— Jasne. — Yi Hang objął Lu Lingxi ramieniem i przysiadł się bliżej, rzucając z udawaną nonszalancją: — Szkoda, że nie ma jak zdobyć kasy tak od razu.

Lu Lingxi pomyślał o wiosennej orchidei i w duchu postanowił, że jutro znów wybierze się na targ kwiatowy.

 

Słowo od tłumacza:

Jaki będzie następny krok stalkera Yan Ge? 😀

Cattuccino

Wasze wsparcie sprawia, że mogę dalej poświęcać czas i energię na tłumaczenie opowiadań, które tak lubicie. Każdy gest, nawet najmniejszy, pomaga mi utrzymać stronę i rozwijać się w tym, co kocham robić. Jeśli doceniacie moją pracę i chcielibyście wesprzeć mnie w dalszym tworzeniu, serdecznie zapraszam do wpłacenia datku przez Ko-fi. Dzięki Wam mogę dostarczać kolejne rozdziały!

Dziękuję za Waszą życzliwość i wsparcie!

Dodaj komentarz