
Bądź na bieżąco!
Jeśli chcesz być informowana/y o nowych rozdziałach kliknij przycisk znajdujący się obok!
Cudowne życie - rozdział 27
Gdy Lu Lingxi wrócił wieczorem do domu, już z daleka poczuł obłędny zapach. Pachniało pomidorami i czymś na kształt gęstego sosu. Aromat wypełniał całą klatkę schodową, a zanim Lu Lingxi zdążył cokolwiek zrobić, Dahei już bezwstydnie ślinił się jak szalony.
— Mały żarłok — mruknął Lu Lingxi, pstrykając go w łeb z czułością.
Wciąż doskonale pamiętał, jak przy pierwszym spotkaniu Dahei nawet nie śmiał najeść się do syta, jakby bał się, że jeśli zje za dużo, ludzie go znienawidzą i porzucą. Minęło zaledwie kilka dni, a Dahei zdążył pokazać swoje prawdziwe oblicze łakomczucha — niemal połowa dojrzałych pomidorów z ogródka wylądowała już w jego żołądku. Nawet Lu Lingxi, Wang Shuxiu i Yi Hang razem wzięci nie jedli tyle co Dahei.
Po tych słowach do Dahei’a, Lu Lingxi już miał sięgnąć po klucz, kiedy drzwi otworzyły się od środka i w progu stanęła Wang Shuxiu, przyglądając mu się z lekkim zdziwieniem.
— Czemu dzisiaj tak wcześnie wróciłeś? — zapytała.
— Musiałem wcześniej zamknąć sklep, coś wypadło — odpowiedział potulnie Lu Lingxi.
Wang Shuxiu zostawiła otwarte drzwi, a Lu Lingxi przysiadł przy progu, jak zawsze najpierw wycierając Daheiowi łapy. Kąciki jej ust lekko drgnęły.
— Akurat dobrze, że jesteś — rzuciła. — Zrobiłam trochę sosu pomidorowego. Później zerwiesz kilka pomidorów i zaniesiesz je razem z sosem do Yi Hanga i jego rodziny.
Yi Hang był dobrym przyjacielem Lu Lingxi, a pracę w sklepie ogrodniczym chłopak zawdzięczał właśnie jemu. Wang Shuxiu widziała, jak bardzo Yi Hang lubi pomidory, więc gotując sos, nie zapomniała też o nim.
Lu Lingxi skinął głową, umył ręce i zamiast iść od razu do Yi Hanga, wcisnął się obok Wang Shuxiu.
Stała w kuchni, pilnując gotującego się sosu. Soczyste pomidory pyrkotały razem z sosem sojowym, mielonym mięsem, solą, glutaminianem i innymi przyprawami. Cała kuchnia tonęła w osobliwym, gęstym aromacie, znacznie intensywniejszym niż ten unoszący się na klatce schodowej.
Dahei przysiadł w progu kuchni, patrząc na gęsty sos w garnku błyszczącymi z pożądania oczami.
Wang Shuxiu rzuciła mu rozbawione spojrzenie, po czym popędziła Lu Lingxi na zewnątrz:
— Idź, idź, co ty się tu kręcisz, gorąco jak w piecu. Zabierz Daheia i wynoście się na zewnątrz.
Kuchnia w starym mieszkaniu była mała, bez klimatyzacji, a Wang Shuxiu cała zlana potem. Teraz jeszcze chłopak i pies pchali się jej pod nogi, wszyscy troje tłoczyli się w tym skrawku przestrzeni — miała wrażenie, że zaraz się w tym upale ugotuje.
Ale Lu Lingxi nie wyszedł. Złapał stos gazet i stanął z boku, z oddaniem wachlując Wang Shuxiu. Jednocześnie odezwał się:
— Mamo, muszę ci coś powiedzieć.
— Co takiego? — mruknęła od niechcenia Wang Shuxiu, nie przywiązując do tego większej wagi.
Lu Lingxi zastanowił się chwilę i dopiero wtedy powiedział:
— Wiesz, ten sklep ogrodniczy, w którym pracuję… Szefowa, Siostra Du, wyjeżdża z powrotem w rodzinne strony, a ja…
Zanim zdążył dokończyć, Wang Shuxiu wcięła się szybko:
— Co, straciłeś pracę? Nic nie szkodzi, mama cię utrzyma.
W sercu Lu Lingxi zrobiło się ciepło; kąciki ust uniosły mu się bezwiednie. Przytulił się do ramienia Wang Shuxiu i pokręcił głową, szepcząc:
— Przejmuję sklep.
— Co?! — Jej głos zabrzmiał jak wybuch. Spojrzała na niego podejrzliwie. — Skąd miałbyś na to pieniądze? — przemknęło jej przez myśl, czy mały łobuz nie wpakował się w coś głupiego.
Wyjaśnienie wszystkiego od początku byłoby skomplikowane — i gdyby naprawdę chcieć dojść do sedna, należałoby zacząć od Lu Yishui. Lu Lingxi nie był głupi. Nie chciał martwić Wang Shuxiu, więc pominął wcześniejsze wydarzenia i zaczął od sprzedaży storczyka wiosennego tego ranka. Oczywiście nie odważył się wspomnieć o kwocie trzystu tysięcy; zaniżył ją do stu tysięcy i dodał, że kupuje sklep wspólnie z kimś innym — po połowie.
Dla Wang Shuxiu brzmiało to jak bajka. Zdechły kwiat znaleziony na śmietniku sprzedany za sto tysięcy?
— Masz matkę za idiotkę, co?
— …To prawda — odparł poważnie Lu Lingxi.
Wang Shuxiu z rozmachem zakręciła gaz.
— Mały draniu, żarty sobie robisz? — fuknęła.
Lu Lingxi pokręcił głową — przecież i tak zaniżył cenę o dwieście tysięcy.
Na sos pomidorowy nie miała już nastroju. Otarła dłonie byle jak i pociągnęła syna do salonu.
— No, opowiadaj mamie wszystko od początku.
Dahei przez chwilę wahał się między żeliwnym garnkiem pachnącym bosko a Lu Lingxi, ale ostatecznie wybrał swojego człowieka i przysiadł wiernie u jego stóp.
Lu Lingxi, zgodnie ze swoim zwyczajem, pogłaskał psa po głowie i opowiedział całą historię — skróconą i „ocenzurowaną”. Wang Shuxiu wysłuchała wszystkiego i natychmiast zaczęła martwić się o coś zupełnie innego.
— A ten twój wspólnik? Nie daj się, żeby cię sprzedano, a ty jeszcze podziękujesz i przeliczysz pieniądze!
— Nie, Yan Ge to porządny człowiek — zaprotestował Lu Lingxi.
Wang Shuxiu zastanowiła się chwilę, po czym trzasnęła dłonią o stół.
— Dobra, porządny czy nie, nieważne! Skoro jest z tobą w spółce, zaproś go kiedyś na obiad.
— Dobrze — zgodził się posłusznie Lu Lingxi. W sumie Yan Yue naprawdę bardzo mu pomógł — wypadało go zaprosić. Tylko czy Yan Yue jada domowe jedzenie? Oby nie był wybredny…
Mimo że serce Wang Shuxiu nadal było pełne obaw, że mały zostanie skrzywdzony, Tiny Garden czarno na białym przeszło na nazwisko Lu Lingxiego; nawet osoba prawna w dokumentach została zmieniona na niego.
Przez cały ten czas Lu Lingxi trzymał język za zębami i nie robił zamieszania wokół zmiany właściciela, lecz wieść szybko rozeszła się wśród sąsiadujących sklepikarzy. Pierwszy żartował Dong Zhi, pytając, czy Xiao Xi nie planuje wielkiego otwarcia. Lu Lingxi natychmiast zaprzeczył — uważał, że tak jak jest, jest dobrze. Nawet szyldu nie zamierzał zmieniać; wystarczy, że ludzie wiedzą, że właściciel się zmienił.
Dong Zhi tylko się roześmiał i z kilkoma innymi sąsiadami złożyli się, aby podarować Lu Lingxi elegancki, srebrzysty ekologiczny zbiornik na ryby oraz kilka złotych rybek o przeróżnych kształtach i rozmiarach. Według Dong Zhi: woda to bogactwo i ryby to również bogactwo. Kwiaty, zieleń, woda i ryby — sklep Xiao Xi będzie obfitował w pomyślność.
Lu Lingxi w takie rzeczy nie wierzył, ale przyjął prezent z wdzięczności — w końcu był to miły gest od wszystkich. Najważniejsze, że zbiornik niezwykle przypadł do gustu Daheiowi. Odkąd stanął na ladzie, pies zyskał nową rozrywkę: codziennie przesiadywał pod kontuarem i w skupieniu śledził wzrokiem rybki pływające w akwarium. Na szczęście Dahei był psem, a nie kotem, bo inaczej Lu Lingxi musiałby się martwić o życie tych stworzeń.
Czy to rzeczywiście akwarium przyniosło szczęście — nie wiadomo, ale nim Lu Lingxi zdążył dobrze uporządkować sprawy w sklepie, zjawił się u niego Han-ge, którego dawno nie było.
— Xiao Xi, Xiao Xi — donośny głos rozległ się z daleka. Lu Lingxi, który właśnie porządkował szafki, podniósł głowę i zobaczył, jak Han-ge wchodzi zziajany, z potem na czole. — Co za cholerna duchota — nie powstrzymał się od utyskiwań.
Lu Lingxi podał mu szklankę lodowatej wody. Han-ge wychylił ją jednym haustem i westchnął z ulgą:
— U ciebie jest tak przyjemnie, Xiao Xi.
Ponieważ sklep był pełen kwiatów i zieleni, Du Lin wcześniej nie zakładała klimatyzacji — i naturalnie po przejęciu przez Lu Lingxi nic się w tej kwestii nie zmieniło. Mimo to w środku wcale nie było gorąco. Bujna roślinność wypełniała każdy kąt, a kiedy wchodziło się do środka, miało się wrażenie, jakby człowiek trafił na łono natury. Cała suchość znikała z ciała, a w jej miejsce przychodziło orzeźwienie i trudna do opisania lekkość.
Lu Lingxi uśmiechnął się. Tak przywykł do tego mikroklimatu, że gdy wychodził na zewnątrz, dopiero wtedy czuł upał.
— Coś się stało, Han-ge?
— I to jak! — potwierdził mężczyzna — Przychodzę w interesach.
Han-ge pracował w jednostce budżetowej i właśnie dostali zawiadomienie, że za kilka dni przyjeżdża kontrola z góry. Po krótkim namyśle szef postanowił kupić kilka doniczkowych roślin, żeby ozdobić biura. Han-ge już od dawna chciał namówić przełożonego na zieleń w pracy — dla lepszej atmosfery i żeby oczy miały gdzie odpocząć, gdy człowiek zasiedzi się przy papierach. Dlatego ucieszył się, gdy usłyszał o planie, i sam zgłosił się do zadania. Pierwszą osobą, o której pomyślał, był oczywiście Lu Lingxi. Rośliny w jego sklepie były naprawdę wyjątkowe. Han-ge nie wiedział, czy to tylko jego wrażenie, ale zawsze czuł, że ta jego kliwia w domu działa kojąco, niemal tak, jakby przenosiła człowieka do Tiny Garden.
Z odrobiną zdrowego egoizmu Han-ge zapragnął, by w biurach stanęło jak najwięcej takich donic.
— Xiao Xi, co polecasz? — spytał bez ceregieli, z góry oddając wybór w ręce Lu Lingxi.
W urządzaniu biura roślinami i kwiatami obowiązywały pewne zasady. Po pierwsze, powinny być łatwe w pielęgnacji. W końcu nikt w biurze nie był zawodowym ogrodnikiem, a i sam Lu Lingxi nie mógł doglądać ich codziennie. Jeśli trafiłyby się delikatne okazy, którym trudno zapewnić odpowiednie warunki, i uschłyby po dwóch dniach, nadszarpnęłoby to renomę sklepu. Oprócz prostoty w utrzymaniu, Lu Lingxi pomyślał o wyborze roślin o dużych liściach lub sukulentów. Biuro to w końcu biuro — zieleń powinna być przede wszystkim elegancka, tworzyć spokojne, proste i jasne otoczenie. Tu i ówdzie można postawić jedną, dwie donice z żywszym kolorem dla ożywienia, lecz najlepiej sprawdza się świeża, kojąca zieleń.
Gdy Lu Lingxi o tym wspomniał, Han-ge skinął głową.
— Masz zupełną rację, Xiao Xi.
Lu Lingxi uśmiechnął się nieśmiało i sam zapytał:
— Han-ge, a jakie donice wolicie?
Każdy, kto choć trochę bawił się w uprawę roślin, wiedział, że donic jest wiele rodzajów i różne gatunki wymagają różnych pojemników. Większość kupujących do biur lubi jednak jednolity styl, dlatego Lu Lingxi musiał dopytać.
Istotnie, Han-ge zawahał się na dwie sekundy i odparł:
— Zróbmy jednolicie… może brązowe gliniane?
— Dobrze! — Gliniane donice są przewiewne i przepuszczalne, a przy tym cięższe, więc rośliny trudno wywrócić. Jedyną niedogodnością była ich waga i mała poręczność, ale skoro to biuro i ustawienia nie będą często zmieniane, nie miało to większego znaczenia.
Biur w jednostce Han-ge było sporo, więc całe zamówienie zapowiadało się na dość duże. Lu Lingxi cierpliwie zanotował wszystkie potrzeby. Po sfinalizowaniu transakcji z półek zniknęłaby co najmniej jedna czwarta zieleni. Po uzgodnieniu szczegółów Han-ge od ręki zostawił trzy tysiące juanów zaliczki, a resztę obiecał uregulować przy dostawie. W charakter Lu Lingxiego wierzył bez zastrzeżeń, więc po umówieniu czasu i miejsca odbioru pośpiesznie się pożegnał.
Korzystając z chwili, gdy w sklepie nie było klientów, Lu Lingxi zabrał się do pracy nad zamówieniem. Kiedy Yan Yue wszedł do pomieszczenia, zobaczył, jak chłopak zagryza końcówkę długopisu i na czystej kartce coś notuje i szkicuje.
— Co robisz? — zapytał.
— Yan Ge, przyjechałeś? — Lu Lingxi był nieco zaskoczony. Od tamtej wycieczki do szkółki minął już tydzień i nie widział Yan Yue ani razu. Wyglądało na to, że był czymś bardzo zajęty, choć codziennie wymieniali ze sobą telefony.
Po tygodniu rozłąki Yan Yue tęsknił za nim nieznośnie. Pod pretekstem sprawdzenia, nad czym Xiao Xi właśnie pracuje, cicho przysunął się bliżej, niemal muskając ramieniem ciało chłopaka. Lu Lingxi niczego nie zauważył; ucieszony zaczął pokazywać Yan Yue swoje wcześniejsze notatki.
— Spójrz, Yan Ge, Han-ge zamówił u nas ponad trzydzieści donic. To największe zlecenie, jakie zrobiłem, odkąd trafiłem do Tiny Garden.
Ów „największy interes” opiewał ledwie na kilkadziesiąt tysięcy juanów, a po odliczeniu kosztów zysk nie był duży — przy majątku Yan Yue to drobiazg. A jednak, gdy patrzył na rozpromienioną twarz chłopaka, na to, jak zagryza koniec długopisu, licząc ostateczny zarobek, i jak starannie zapisuje każdy szczegół transakcji, jego serce niespodziewanie zmiękło. To był ich interes — jego i młodzieńca — coś, co należało tylko do nich dwojga. Poczucie satysfakcji było silniejsze niż wtedy, gdy Yan Yue podpisywał dla Hopewell Group kontrakty warte miliony, a nawet silniejsze niż dreszcz, jaki dawały mu sukcesy Dezhi Investment.
Spotkawszy jasne spojrzenie Lu Lingxiego, Yan Yue skinął uroczyście głową i powiedział:
— Xiao Xi jest niesamowity!
Lu Lingxi zwęził oczy w uśmiechu, szczerze uradowany.

Wasze wsparcie sprawia, że mogę dalej poświęcać czas i energię na tłumaczenie opowiadań, które tak lubicie. Każdy gest, nawet najmniejszy, pomaga mi utrzymać stronę i rozwijać się w tym, co kocham robić. Jeśli doceniacie moją pracę i chcielibyście wesprzeć mnie w dalszym tworzeniu, serdecznie zapraszam do wpłacenia datku przez Ko-fi. Dzięki Wam mogę dostarczać kolejne rozdziały!
Dziękuję za Waszą życzliwość i wsparcie!