
Bądź na bieżąco!
Jeśli chcesz być informowana/y o nowych rozdziałach kliknij przycisk znajdujący się obok!
Cudowne życie - rozdział 29
Łóżko kang było dla Lu Lingxiego zupełnie nowym doświadczeniem.
Usiadł na jego brzegu i z ciekawością stuknął nogą w jego powierzchnię, lecz szare cegły były tak ciasno spasowane, że nie wydały najmniejszego dźwięku. Dahei tymczasem zwinął się na środku jak u siebie w domu, skutecznie oddzielając Lu Lingxiego od Yan Yue.
— Naprawdę można tu pod spodem rozpalić ogień? — zapytał zaintrygowany Lu Lingxi, zdejmując buty i wchodząc na łóżko. Poklepał twardą powierzchnię kangi i spojrzał przez Dahei na Yan Yue.
Yan Yue, który również po raz pierwszy spał na takim łóżku, uśmiechnął się lekko.
— Gdy zrobi się zimno, możemy spróbować. Wtedy się przekonamy.
Lu Lingxi nie wychwycił ukrytej w tych słowach nuty i z błyskiem w oczach skinął głową. Był dziś naprawdę zmęczony — ledwie zgasił światło, a już po chwili zapadł w sen.
Noc na przedmieściach była cicha i spokojna. Nie było szumu przejeżdżających samochodów ani gwaru ulicznych straganów. Jedynie od czasu do czasu rozlegał się śpiew owadów, a jasne światło księżyca rozlewało się po wnętrzu domu, tworząc łagodną, niemal senną atmosferę.
Yan Yue był przekonany, że nie zaśnie — a jednak, wsłuchany w nocne odgłosy, zamknął oczy i przespał spokojnie aż do świtu. Bez bezsenności, bez koszmarów. Miał wrażenie, jakby przez całą noc otulał go zapach traw i drzew — tak wyraźny, że nawet chrapanie Dahei przestało mu przeszkadzać.
Obudził się tuż po szóstej. Dawniej cierpiał na bezsenność i zawsze trzymał się ścisłego rytmu dnia — rzadko kiedy spał dłużej. Gdy otworzył oczy, przez chwilę był zdezorientowany — otaczało go zupełnie obce miejsce. A jednak niespodziewanie poczuł spokój.
Ledwie się poruszył, Dahei otworzył oczy i uniósł głowę, przyglądając mu się uważnie. Yan Yue usiadł i spojrzał na psa. W dobrym nastroju wyciągnął rękę i, naśladując Lu Lingxiego, podrapał go pod brodą.
— Cicho… tylko nie obudź Xiao Xi — szepnął z lekkim uśmiechem.
Nie wiadomo, czy Dahei zrozumiał, ale po chwili znów zwinął się w kłębek.
Za nim, po drugiej stronie, Lu Lingxi spał głęboko. Jego twarz była spokojna i czysta, niemal przejrzysta w swojej delikatności. Blade poranne światło wpadało przez okno i osiadało na jego rysach, nadając im złocisty blask — tak łagodny, że aż nie sposób było dopuścić do siebie żadnej niestosownej myśli.
Poprzedniej nocy zatrzymali się tu niespodziewanie, nie mając przy sobie ubrań na zmianę. Lu Lingxi zdjął jedynie szorty i położył się spać w samej koszulce. W nocy materiał podwinął się aż do piersi, odsłaniając jasną, miękką skórę brzucha, który unosił się i opadał spokojnie w rytmie oddechu.
W oczach Yan Yue powoli zatańczył cień rozbawienia, gdy jego spojrzenie zatrzymało się na okrągłym pępku Lu Lingxiego, a potem przesunęło się niżej. Na bieliźnie chłopaka widniała duża żółta kaczuszka, a poniżej rozciągały się jego długie nogi; prześcieradło, które miało je przykrywać, dawno zostało zepchnięte pod stopy.
Pragnienie, by się do niego zbliżyć, by go dotknąć, narastało w nim jak szalone. W spojrzeniu Yan Yue pojawiła się głębia, gdy nachylił się i ostrożnie naciągnął prześcieradło, zakrywając odsłonięte ciało chłopaka.
Choć Lu Lingxi nie był tak wysoki jak on, miał doskonałe proporcje. Sam Yan Yue mierzył sto osiemdziesiąt sześć centymetrów, a Lu Lingxi był od niego niższy o pół głowy — około stu siedemdziesięciu ośmiu. A przecież miał dopiero osiemnaście lat, więc wciąż mógł jeszcze urosnąć.
Yan Yue próbował odwrócić uwagę od natarczywych myśli, które pchały go ku chłopakowi. Szybko się ubrał, otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Przypomniał sobie, że poprzedniego wieczoru Lu Lingxi wspominał, iż wszystkie świeżo przesadzone rośliny trzeba rano podlać. Chcąc oszczędzić mu wysiłku — i zająć czymś własne myśli — Yan Yue po krótkim porannym ogarnięciu się znalazł w szkółce plastikową konewkę i zabrał się do pracy.
Kiedy Wujek Li przyszedł zawołać ich na śniadanie, zobaczył Yan Yue pochylonego nad donicą, wtykającego bambusowy patyczek w ziemię, by sprawdzić, czy wilgoć dotarła do głębszych warstw. Staruszek parsknął śmiechem. W jego oczach Yan Yue był bystrym młodzieńcem — może i nie znał się na roślinach, ale potrafił znaleźć sposób. Choć trzeba przyznać, że był to sposób dość nieporadny; zupełnie inaczej niż u Xiao Xi, który jednym spojrzeniem potrafił ocenić, czy ziemia jest dostatecznie wilgotna.
Zresztą trudno się dziwić — Yan Yue nie wyglądał na kogoś, kto zajmuje się takimi rzeczami. Bardziej przypominał tych eleganckich ludzi z telewizji, pracujących w biurach. Wujek Li podszedł bliżej z uśmiechem.
— A gdzie Xiao Xi?
Yan Yue odwrócił się i uprzejmie skinął głową.
— Jeszcze śpi.
W oczach staruszka pojawiła się troska.
— Ach, wczoraj ciężko pracowaliście, niech dziecko jeszcze chwilę odpocznie. Podgrzeję wam śniadanie, przyjdźcie potem zjeść.
Yan Yue już miał przytaknąć, gdy drzwi skrzypnęły i Lu Lingxi wyszedł na zewnątrz, przecierając oczy.
— Yan Ge…?
— Już nie śpisz? — Yan Yue odłożył konewkę i podszedł bliżej.
Lu Lingxi natychmiast się rozbudził. Na widok Wujka Li uśmiechnął się nieco zawstydzony.
— Już pan jest?
Wujek Li spojrzał na niego z sympatią — chłopak był tak jasny i delikatny, że aż przyjemnie się na niego patrzyło.
— Idź się umyć. Zrobiliśmy kaszę ryżową i gotowane bataty. Wystygną, to już nie będą takie dobre.
— Dobrze — Lu Lingxi uśmiechnął się, mrużąc oczy. Po wczorajszym wysiłku naprawdę dopadł go głód, więc nie silił się na uprzejmości.
Śniadanie u Wujka Li było wyjątkowo smaczne. Gęsta, biała kasza ryżowa podana była z lekkimi, orzeźwiającymi dodatkami. Zielone warzywa wyglądały, jakby dopiero co wyjęto je z wody — świeże i soczyste, aż ślinka ciekła na sam widok. Były też miękkie bataty na parze; kiedy tylko zdjęto je z ognia, słodki aromat natychmiast rozszedł się po powietrzu.
Lu Lingxi nigdy wcześniej nie jadł batatów przygotowanych w ten sposób. W domu rodziny Lu zdarzało mu się jeść słodkie ziemniaki, ale zawsze w postaci przetworzonych ciastek — pozbawionych ich naturalnego smaku.
Wujek Li przełamał jednego batata na pół i podał połówki Lu Lingxiemu. Były jeszcze gorące. Gdy chłopak przysunął je do twarzy, słodki zapach uderzył go prosto w nozdrza. Zdmuchnął parę dwa razy, niecierpliwy, by spróbować, a jednocześnie ostrożny, by się nie poparzyć.
Ten drobny dylemat nie umknął uwadze Yan Yue. Patrzył na niego z rozbawieniem i lekką bezradnością — nie powiedział ani słowa, tylko obserwował jego niecierpliwe zmagania.
Kiedy Wujek Li zauważył, że Lu Lingxi bardzo smakują bataty, wyraźnie się ucieszył. Zaraz kazał żonie zapakować kilka sztuk, żeby chłopak mógł zabrać je ze sobą do domu. Były to bataty z własnej uprawy — bez pestycydów, całkowicie naturalne i czyste.
Na te słowa serce Lu Lingxiego drgnęło. On sam również chciałby zasadzić bataty na podwórzu, ale w tym roku było już za późno. Pozostawało poczekać do następnego sezonu.
Po śniadaniu wrócili na podwórze, by przygotować się do powrotu do miasta. Lu Lingxi jednym spojrzeniem ogarnął rośliny — wszystkie zostały podlane i to właściwie. Nigdzie ziemia nie była sucha pod wilgotną powierzchnią, ani też nie było śladów nadmiernego podlewania.
Spojrzał na Yan Yue z lekkim zaskoczeniem.
— Co się stało? — zapytał Yan Yue, nie rozumiejąc jego reakcji.
Na ustach Lu Lingxiego pojawił się uśmiech, a w jego głosie zabrzmiało szczere uznanie:
— Yan Ge, naprawdę świetnie sobie poradziłeś. Wszystkie rośliny są podlane idealnie.
To był już drugi raz, gdy chłopak go pochwalił, i Yan Yue poczuł coś na kształt wzruszenia. Może rzeczywiście miał talent do takich rzeczy? Uśmiechnął się lekko i spojrzał na Lu Lingxiego.
— Xiao Xi jest jeszcze lepszy. Wystarczy jedno spojrzenie i już wiesz, czy rośliny mają dość wody.
Powiedział to tylko po to, by odwzajemnić komplement, nie przypuszczając nawet, że trafi w czuły punkt. Lu Lingxi zerknął na niego ukradkiem, upewniając się, że w jego twarzy nie ma nic podejrzanego — dopiero wtedy odetchnął z ulgą.
W drodze powrotnej trafili na niewielki korek — poranny szczyt komunikacyjny. Lu Lingxi przez całe życie był raczej zamknięty w domu, a teraz, odkąd zaczął pracę, po raz pierwszy zetknął się z tłumem ludzi spieszących do pracy.
Utknęli na wjeździe do miasta — samochody ciągnęły się przed nimi i za nimi w nieskończonym szeregu.
— Tam dalej jest bramka — uspokoił go Yan Yue. — Jak ją miniemy, będzie już lepiej.
Lu Lingxi skinął głową. W gruncie rzeczy nie spieszyło mu się. Był teraz jednym z właścicieli Tiny Garden, a obok siedział jego wspólnik. Yan Yue przecież nie zarzuci mu lenistwa, prawda?
Na tę myśl Yan Yue nie powstrzymał uśmiechu.
Zresztą, kiedy Lu Lingxi poznał go po raz pierwszy, Yan Yue niemal się nie uśmiechał. Właśnie dlatego wydawał mu się chłodny — jego twarz zwykle pozostawała nieprzenikniona. Teraz jednak, gdy się lepiej poznali, Lu Lingxi odkrył, że Yan Yue potrafi się uśmiechać — i to nie tylko tym powierzchownym uśmiechem bez wyrazu w oczach, lecz naprawdę, szczerze.
— Yan Ge, powinieneś częściej się uśmiechać — powiedział poważnie. — Wtedy każdego dnia będziesz miał lepszy nastrój.
Yan Yue spojrzał na niego z uśmiechem i skinął głową.
Samochody przed nimi powoli ruszyły. Yan Yue już miał ruszyć za nimi, gdy strumień pojazdów znów się zatrzymał. Zwykle w takiej sytuacji ogarnęłaby go irytacja, ale teraz, gdy obok siedział Lu Lingxi, nawet korek wydawał się czymś znośnym — a wręcz odrobinę przyjemnym.
W trakcie rozmowy zadzwonił telefon Yan Yue. Na ekranie pojawiło się imię An Jie. Yan Yue zerknął na Lu Lingxi, po czym odebrał.
— Halo? Co się stało?
Ton głosu An Jie był ciężki, pobrzmiewała w nim nuta żalu — jakby współczuł Yan Yue.
— Z centrali przyszła wiadomość… wygląda na to, że przewodniczący rozważa wysłanie Yan Hai za granicę.
Na dźwięk tego imienia spojrzenie Yan Yue lekko pociemniało.
Nieco ponad pół miesiąca temu do gabinetu profesor Susan włamano się. A potem — dokładnie tak, jak przewidywał — w centrali w Zhongjing zaczęły krążyć plotki: że od lat leczy się za granicą, że po studiach nie wrócił do kraju właśnie z powodu złego stanu zdrowia. Wizyty u psychologa przemieniły się w tych opowieściach w leczenie psychiatryczne, a w końcu wielu zaczęło być przekonanych, że jest po prostu… niezrównoważony.
Yan Yue nie próbował niczego wyjaśniać. Zachowywał się tak, jakby nic o tym nie wiedział.
Niedługo potem Yan Shihui wezwał go do Zhongjing. Ojciec i syn doskonale rozumieli, co się dzieje. Jednak w oczach Yan Shihui nie było większej różnicy między problemami psychicznymi a chorobą umysłową — w obu przypadkach coś było „nie tak”. Uprzejmie zasugerował, że Yan Yue nie powinien się przemęczać, a zdrowie jest przecież najważniejsze.
Yan Yue bez trudu odczytał tę aluzję i bez sprzeciwu zrzekł się stanowiska za granicą, poświęcając tydzień na przekazanie obowiązków. To właśnie dlatego w ostatnim czasie był tak zajęty i nie pojawiał się przy Lu Lingxi.
Jego ustępstwo było jednak tylko pierwszym krokiem. Czekał na kolejny ruch ojca. Dla Hopewell Group rynek zagraniczny miał ogromne znaczenie, więc Yan Shihui z pewnością wyśle tam kogoś, komu ufa — a ten wybór jasno pokaże jego prawdziwy stosunek do syna.
Yan Hai.
W kąciku ust Yan Yue przemknął cień drwiny, a jego głos stał się chłodny:
— Skoro zarząd już podjął decyzję, niech jedzie. Przekaż sprawy na miejscu i jak najszybciej wróć do kraju.
— A co z negocjacjami z NT Group? — zapytał An Jie.
— Wstrzymaj je — odparł Yan Yue spokojnie. — Skontaktuj się z nimi ponownie, ale w imieniu Dezhi Investment. Wyślij mi wszystkie materiały, zadzwonię do nich.
— Dobrze.
Współpraca z NT była jednym z najważniejszych zagranicznych projektów Hopewell Group w tym roku. Yan Yue rozpoczął rozmowy już dwa lata wcześniej i przez cały ten czas obie strony prowadziły negocjacje, raz bliżej, raz dalej od porozumienia. Niedawno byli o krok od przełomu, lecz Yin Qinglan nalegała, by Yan Yue wrócił do kraju, więc dalsze działania przekazał An Jie.
Ten już wcześniej sugerował, by przejąć projekt przez Dezhi Investment, ale wtedy Yan Yue odrzucił ten pomysł. Nie planował powrotu do Chin, a to, czy kontrakt zdobędzie Hopewell czy Dezhi, nie miało dla niego większego znaczenia.
Teraz jednak wszystko się zmieniało.
Po kilku dodatkowych słowach Yan Yue zakończył rozmowę. Dopiero odkładając telefon, uświadomił sobie, że obok siedzi Lu Lingxi.
I wtedy poczuł coś na kształt żalu — a może raczej niepokoju.
Przy Lu Lingxi nigdy się nie pilnował. Podczas rozmowy otwarcie mówił o swoich planach wobec Hopewell. Nie wiedział, co chłopak o nim teraz pomyśli. Lu Lingxi był prostolinijny i szczery, dopiero wchodził w dorosłe życie — nigdy nie miał do czynienia z takimi sprawami.
Czy uzna go za złego człowieka?
Do rodzinnych problemów Yan Yue dołączyło nowe zmartwienie. Odwrócił głowę i spojrzał na Lu Lingxi.
Na twarzy chłopaka malowało się lekkie zaskoczenie… ale też coś na kształt zrozumienia.
Yan Yue chciał coś wyjaśnić, lecz nie wiedział, od czego zacząć.
Lu Lingxi uśmiechnął się nieśmiało i odwrócił wzrok ku oknu.
Nie zamierzał podsłuchiwać — po prostu siedzieli obok siebie, więc trudno było nie słyszeć. Nigdy wcześniej nie pytał o to, kim naprawdę jest Yan Yue. Już dawno uznał go za dobrego człowieka — choćby przez wzgląd na Dahei. Jego pochodzenie i status nie miały dla niego znaczenia.
Przez czas, który spędzili razem, przyjmował Yan Yue takim, jakim go widział.
Ale ta rozmowa uświadomiła mu coś ważnego — że ten łagodny człowiek, który lubi zwierzęta i rośliny, to tylko jedna z jego twarzy. Istniały też inne, których jeszcze nie poznał.
Słowa Yan Yue przypomniały mu dawne czasy w rodzinie Lu. Wujowie walczyli między sobą o majątek, a podczas noworocznych spotkań atmosfera w domu była ciężka i niezręczna.
Lu Lingxi nigdy tego nie rozumiał.
Jaki sens ma takie życie?
Ukradkiem zerknął na Yan Yue i poczuł jeszcze większe zagubienie.

Wasze wsparcie sprawia, że mogę dalej poświęcać czas i energię na tłumaczenie opowiadań, które tak lubicie. Każdy gest, nawet najmniejszy, pomaga mi utrzymać stronę i rozwijać się w tym, co kocham robić. Jeśli doceniacie moją pracę i chcielibyście wesprzeć mnie w dalszym tworzeniu, serdecznie zapraszam do wpłacenia datku przez Ko-fi. Dzięki Wam mogę dostarczać kolejne rozdziały!
Dziękuję za Waszą życzliwość i wsparcie!