wow

Bądź na bieżąco!

Jeśli chcesz być informowana/y o nowych rozdziałach kliknij przycisk znajdujący się obok!

Druga szansa - rozdział 18

Słowo od tłumacza:

Dziękuję serdecznie za ko-fi „Aga61”. Specjalnie dla Ciebie już dziś kolejne trzy rozdziały opowiadań i oto piwerwszy z nich 🙂 Dziękuję!!!

— Chi Fang, Chi Fang..

W uszach Chi Fang rozbrzmiewał męski głos. Był lekko zdezorientowany, głos brzmiał znajomo, choć nie od razu potrafił go skojarzyć. Zmarszczył brwi, próbując sięgnąć pamięcią do odpowiedniego wspomnienia… aż nagle przypomniał sobie: chłodny ton, opanowanie — ten głos należał do Yu Mo.

— Przepraszam! Ja… — Chi Fang gwałtownie podniósł głowę i omal nie zderzył się z Yu Mo.

— Jesteśmy już na miejscu. W zoo — powiedział Yu Mo.

Chi Fang rozejrzał się dookoła, wciąż nieco zdezorientowany.

W autobusie nie było już nikogo poza nimi — pozostali uczniowie zdążyli wysiąść. W przejściu przy drzwiach stał jeszcze przewodniczący sekcji sportowej. Widząc, że Chi Fang wreszcie się ocknął, roześmiał się:

— No chodź, wysiadaj! Yu Mo próbował cię obudzić już od dłuższego czasu.

Yu Mo spojrzał na zdezorientowanego Chi Fanga, a jego wzrok stawał się coraz cięższy.

Dopiero po chwili Chi Fang zdołał się opanować. Spojrzał przepraszająco na Yu Mo i uśmiechnął się z zakłopotaniem.

— Przepraszam, przysnąłem… Nie uderzyłem cię przypadkiem?

Yu Mo patrzył na jego modelowy, wyuczony uśmiech, który tak często gościł na twarzy Chi Fanga, i nie odpowiedział od razu. Jego twarz pozostała pozornie obojętna, ale w jego oczach coś drgnęło. W końcu tylko pokręcił lekko głową.

Wstał. Początkowo chciał sięgnąć po plecak Chi Fanga, ale w ostatniej chwili zawahał się i, niezauważalnie dla nikogo, zmienił zdanie. Widząc, jak Chi Fang masuje czoło, zamiast tego wyciągnął drugą rękę, jakby to było zupełnie przypadkowe.

Chi Fang podniósł się z siedzenia, po czym ruszył za Yu Mo w stronę wyjścia.

Gdy obaj wysiedli z autobusu, większość klasy zdążyła się już ustawić w wyznaczonym miejscu. Przewodnicząca rozdzielała uczniów na grupy z wyraźnym porządkiem, a przewodniczący sekcji sportowej stał obok, bez konkretnego zajęcia. Kiedy zauważył wysiadających Yu Mo i Chi Fanga, uśmiechnął się szeroko i rzucił:

— Obudziłeś się w końcu?

Chi Fang przytaknął z lekkim zażenowaniem.

— Przepraszam, zabrałem wam trochę czasu.

— E tam, najwyżej kilka minut — przewodniczący machnął niedbale ręką. — Nie ma się czym przejmować.

Po chwili dodał, śmiejąc się:

— Ale nie wiedziałem, że ty i Yu Mo jesteście tak blisko. Pewnie zaraz będzie miał całe ramię zdrętwiałe — nie ruszałeś się przez całą drogę, wiesz?

Chi Fang zamarł na moment.

— Całą drogę przespałeś, człowieku. Wyglądałeś jak jakaś przytulanka… — przewodniczący nie zdążył dokończyć, bo przewodnicząca klasy, widząc, że się obija, natychmiast ruszyła w jego stronę i bezceremonialnie go odciągnęła.

— Aha — westchnął Chi Fang, widząc zrezygnowaną minę przewodniczącego sekcji sportowej. Pokręcił głową z lekkim uśmiechem.

— Ten twój uśmiech… — odezwał się nagle Yu Mo.

Chi Fang był już przyzwyczajony do lakonicznego sposobu mówienia chłopaka, ale nawet dla niego było to zaskakujące. Spojrzał na niego kątem oka, unosząc lekko brwi.

— Nie wolno mi się uśmiechać?

Yu Mo jednak tylko pokręcił głową.

— Ładnie wyglądasz, kiedy się uśmiechasz — powiedział cicho.

Chi Fang aż zamarł na te słowa. Kącik ust mu drgnął — z jednej strony rozbawiony, z drugiej lekko zakłopotany. To przecież komplement. Yu Mo właśnie mnie pochwalił, prawda? Że jestem… ładny. Przystojny.

Nie odpowiedział jednak nic konkretnego, tylko skinął głową i westchnął w duchu.

Tymczasem przewodniczący sekcji sportowej został w końcu zgarnięty do pracy, a przewodnicząca klasy zdołała zebrać wszystkich uczniów w jednym miejscu.

— W porze lunchu możecie zjeść w restauracji po lewej stronie od wejścia do zoo. Ja też się tam pojawię, więc jeśli ktoś przyniesie coś własnego, może usiąść ze mną. Spotykamy się przy bramie punktualnie o piętnastej, wracamy do szkoły autobusem. Jeśli będą jakieś pytania, dzwońcie do mnie albo do przewodniczącego sekcji sportowej — mówiła z pełnym zaangażowaniem.

— I pamiętajcie: absolutnie zakazuje się dokarmiania zwierząt! Słyszycie mnie?!

Kiedy już wszystko zostało powiedziane, przewodnicząca nie przedłużała — kazała uczniom ustawić się w pary i wprowadziła ich do zoo. Weekend przyciągnął tłumy. Klasa druga początkowo szła zwartą grupą, ale po chwili szyk się rozpadł. Ludzie rozchodzili się w różne strony.

Chi Fang wszedł przez bramę i rozejrzał się dookoła — wszędzie dzieci z rodzicami, harmider, śmiech, gwar. Spośród ponad trzydziestu uczniów nie dostrzegł nikogo znajomego.

Zoo istniało w tym mieście od wielu lat i zajmowało ogromny teren. Choć Chi Fang zupełnie nie pamiętał, by wcześniej tu był, miał szczęście — zaraz po wejściu rozdawano mapy parku. Ujął jedną w dłoń i zaczął się jej uważnie przyglądać.

Dobrze, może chociaż się trochę przejdę.

Zgodnie z mapą, wybrał boczną ścieżkę prowadzącą na wzgórze położone na obrzeżach ogrodu. Wzniesienie nie było wysokie, a ścieżka łagodna, lecz otaczały ją gęste drzewa.

Już po kilku krokach Chi Fang poczuł przyjemny chłód — temperatura wyraźnie spadła. Hałas i wrzawa dzieciaków zniknęły niemal zupełnie, zastąpione delikatnym śpiewem ptaków w koronach drzew.

Kamienne schody zostały starannie ułożone wzdłuż ścieżki — wejście na wzgórze nie było ani męczące, ani trudne. Chi Fang szedł powoli, nie martwiąc się o kierunek.

Wtem, po jednym z zakrętów, jego kroki nagle się zatrzymały.

Nieopodal, na ścieżce przed nim, stał Yu Mo. Przy jego nogach kucał mały chłopiec, cały we łzach, z trzęsącymi się ramionkami. Tłuste, dziecięce rączki kurczowo ściskały nogawkę spodni Yu Mo, jakby trzymały się ostatniej deski ratunku.

Chi Fang uniósł brew w zdumieniu.

Yu Mo stał do niego tyłem, więc jeszcze go nie zauważył. Chi Fang, nie chcąc przeszkadzać, zbliżył się po cichu, stawiając ostrożnie kroki na kamiennych płytach.

Yu Mo za to wyglądał na wyraźnie zirytowanego… Początkowo chciał iść za Chi Fangiem. Jednak zaledwie przekroczył bramę ogrodu zoologicznego, chłopak zdążył zniknąć mu z oczu. Nawet przy swoim wysokim IQ, w oceanie ludzi nie miał szans go odnaleźć. Pozostało mu tylko samotne błądzenie po ogrodzie.

Choć wokół było wiele zwierząt, a spacer sam w sobie mógłby sprawiać przyjemność, Yu Mo nie znosił hałaśliwych miejsc. Wolał unikać tłumu, więc zboczył z głównej ścieżki i udał się w bardziej ustronne rejony — dokładnie tam, gdzie znajdowało się wzgórze.

Na szlaku było pusto. Odkąd ruszył tą trasą, nie spotkał ani jednej osoby. Wreszcie mógł odetchnąć, gdy nagle usłyszał w oddali płacz.

Gdzieś niedaleko szlochało dziecko — na oko siedmio-, może ośmioletnie. Yu Mo nie miał ani ochoty, ani cierpliwości do dzieci, więc odwrócił się, by pójść w przeciwnym kierunku. Jednak w momencie, gdy tylko dziecko go dostrzegło, rzuciło się na niego, objęło jego nogawkę i nie chciało puścić.

Na twarzy Yu Mo pojawił się wyraz czystej irytacji, ale mimo wszystko nie próbował się na siłę wyswobodzić.

— Jak masz na imię? — zapytał chłodno.

Chłopiec odwrócił głowę, spojrzał ostrożnie w górę na „tego ładnego, starszego brata” i pociągając nosem, zaszlochał:

— Guigui…*(归归 — Guī guī)

Yu Mo zamarł. Guigui?

Żółw? Duch? Guigui…? — powtarzał w myślach. Wymowa chłopca była tak niewyraźna, że nie miał pojęcia, co ten właściwie powiedział. Westchnął z rezygnacją, poruszył lekko nogą i powiedział:

— Puść mnie.

Maluch aż się wzdrygnął, ale zamiast odsunąć się, wtulił się jeszcze mocniej, rozmazując łzy po spodniach Yu Mo.

Twarz nastolatka pociemniała. Zacisnął zęby.

Puść. Zabiorę cię do rodziców.

Chłopiec spojrzał na niego nieufnie. Mina tego przystojnego „brata” wyraźnie sugerowała, że chce go oszukać i uciec przy pierwszej okazji.

Objął nogę jeszcze mocniej.

Yu Mo był już skrajnie zirytowany. Gdyby to był dorosły facet, przewróciłby go przez ramię bez mrugnięcia okiem. Ale dziecko… co on ma zrobić z takim małym potworem?!

Skroń zaczęła mu boleśnie pulsować.

Przycisnął palce do czoła, gdy nagle zza pleców dobiegł go znajomy śmiech.

Odwrócił się gwałtownie — Chi Fang stał kawałek dalej, z uśmiechem na twarzy, a w jego policzkach pojawiły się znajome dołeczki.

— Przepraszam… — powiedział Chi Fang, nadal się uśmiechając, i podszedł bliżej.

Na widok nadchodzącej osoby, chłopczyk natychmiast się wyprostował, jedną ręką pospiesznie wytarł łzy z buzi, a drugą wciąż kurczowo trzymał się spodni Yu Mo. Przez zaschnięte ślady łez i czerwone oczy przypominał trochę zapłakanego kotka. Mimo to Chi Fang od razu zauważył, że dzieciak był urodziwy — miał delikatne rysy i buzię, która mogłaby rozbroić największego twardziela, nawet jeśli teraz była zapuchnięta od płaczu.

Chi Fang kucnął przed nim, wyjął z kieszeni chusteczkę i starannie otarł chłopcu twarz, a potem delikatnie pogładził go po głowie.

— Zgubiłeś się mamie? — zapytał łagodnie.

Guigui — bo tak najwyraźniej miał na imię — nieco rozluźnił uścisk na nogawce Yu Mo, spojrzał na ciepły uśmiech Chi Fanga i z miną pełną skruchy przytaknął.

— A jak to się stało, że Guigui zgubił mamę?

Chłopiec spuścił wzrok, zakłopotany. Głos miał cichy jak myszka.

— Guigui… Guigui chciał zobaczyć małpkę. Poszedłem i… już nie mogłem znaleźć mamy.

Chi Fang uśmiechnął się. Jeśli dobrze pamiętał, pawilon z małpami znajdował się w prawym górnym rogu zoo — spory kawałek od wzgórza. Najpewniej chłopiec po tym, jak się zgubił, błąkał się w poszukiwaniu mamy, jednocześnie płacząc. W efekcie zamiast się zbliżyć — oddalił się jeszcze bardziej.

Patrząc na dystans i dziecięce tempo marszu, chłopak musiał zgubić się co najmniej pół godziny temu.

— Nie płacz już, dobrze? Brat pomoże ci znaleźć rodziców, co ty na to?

Guigui zapatrzył się na jego uśmiech przez długą chwilę, po czym bez wahania puścił nogawkę Yu Mo, rzucił się z impetem w ramiona Chi Fanga i przytulił z całej siły.

— Tak!

Ten dzieciak ma zadziwiająco dobrą intuicję… — westchnął w duchu Chi Fang i, biorąc pulchnego malucha na ręce, zerknął w stronę Yu Mo.

— Idziesz ze mną?

Yu Mo spojrzał na własne spodnie, które jeszcze chwilę temu były zakładnikiem małych łapek, i przez moment się zawahał. Nie był typem, który lubił się mieszać w cudze sprawy, ale… Chi Fang wzbudzał w nim coraz więcej ciekawości.

Po krótkim milczeniu kiwnął głową.

Obaj ruszyli w dół wzgórza tą samą ścieżką, którą przyszli.

Na dole panował już większy ruch — więcej zwiedzających, rodziny z dziećmi, grupki uczniów. Chi Fang planował początkowo udać się prosto do pawilonu z małpami, ale po chwili namysłu uznał, że to może być strata czasu. Jeśli matka zauważyła, że jej syn zaginął, zapewne zgłosiła to już w punkcie pomocy.

Tyle że wcześniej, przeglądając mapę zoo, Chi Fang rzucił tylko okiem na rozmieszczenie wybiegów ze zwierzętami i kompletnie nie zwrócił uwagi, gdzie znajduje się punkt ratunkowy. Teraz, trzymając dziecko na rękach, nie był w stanie sięgnąć do kieszeni, gdzie schował plan ogrodu.

Pozostało jedno wyjście — poprosić o pomoc Yu Mo.

— Yu Mo, mógłbyś mi pomóc?

Chłopak kiwnął głową.

Chi Fang pochylił się lekko w jego stronę.

— W kieszeni mam mapę. Sprawdź, w którą stronę jest punkt ratunkowy.

Wzrok Yu Mo opadł niżej. Tego dnia Chi Fang miał na sobie dżinsy, których pas lekko odstawał, a biała koszula była pognieciona — zapewne przez obejmującego go wcześniej malucha. W lewej kieszeni spodni zauważył złożoną mapę.

Yu Mo sam swoją mapę schował do plecaka.

Nie mówiąc nic, podszedł powoli bliżej i ostrożnie sięgnął po plan z kieszeni Chi Fanga.

— Teraz, sprawdź, gdzie jest punkt ratunkowy. Powinien być oznaczony na mapie — powiedział Chi Fang, nie zauważając ani odrobiny napięcia u Yu Mo. Wciąż trzymał w ramionach pulchnego malca i pochylił się lekko, by spojrzeć razem z nim na plan.

Yu Mo poczuł na szyi ciepły oddech Chi Fanga — i natychmiast zesztywniał. Miał ochotę odskoczyć o trzy kroki w tył.

Tymczasem Chi Fang szybko namierzył na mapie punkt ratunkowy. Poprawił dziecko na rękach i ruszył przed siebie. Po kilku krokach zauważył, że Yu Mo wciąż stoi w miejscu.

— Co się stało? — zapytał zdezorientowany.

Yu Mo oderwał wzrok od papieru, lekko zacisnął palce na krawędzi mapy i potrząsnął głową. Bez słowa ruszył za nim.

Szli spokojnie dalej, mijając kolejne alejki. Pulchny chłopczyk zahipnotyzowany patrzył na witrynę z lodami. Chi Fang nie zastanawiał się długo — kupił jednego dla malca i drugiego dla Yu Mo. Sam zrezygnował, bo miał zajęte ręce i nie miał jak trzymać rożka.

Chłopiec dostał swój lód i wyraźnie złagodniał. Zaczął cicho mruczeć zadowolony. Yu Mo spojrzał na swój lód z niepewnością, a potem powoli wziął pierwszy, ostrożny kęs.

Zimny. Słodki.

Jego wzrok powędrował w stronę Chi Fanga — coraz bardziej zamyślony, coraz mniej chłodny.

W końcu dotarli do punktu ratunkowego. Chi Fang oddał chłopca w ręce pracowników. Po krótkim wywiadzie, ogłoszenie nadano przez megafon — trzy razy. Chłopczyk był wyraźnie wycieńczony. Długo błąkał się sam po zoo. Teraz, siedząc na krześle, spokojnie zajadał loda.

Chi Fang rozglądał się wkoło. Minęło już dziesięć minut od pierwszej zapowiedzi, ale nikt, kto wyglądałby na rodziców Guigui, nie pojawiał się.

Czyżby się minęli?

— Tam — odezwał się cicho Yu Mo.

Chi Fang podniósł głowę i zobaczył biegnącą w ich stronę parę. Chłopczyk też ich dostrzegł i  zawołał radośnie:

— Mama! Tata!

Kobieta natychmiast padła na kolana i przytuliła synka, łzy zbierały się w jej oczach. Starannie ułożony makijaż i fryzura były w rozsypce. Mężczyzna miał na twarzy gniewny grymas, ale gdy zobaczył opuchnięte od płaczu oczy dziecka, jego złość prysła bez śladu.

— Nigdy więcej nie oddalaj się sam, słyszysz? Tak bardzo nas przestraszyłeś! — kobieta ucałowała chłopca w czoło.

Ojciec odetchnął głęboko, rozejrzał się dookoła. W punkcie ratunkowym było tylko dwóch pracowników. Nie zauważył nikogo więcej.

— Guigui? Przyszedłeś tu sam?

Chłopczyk wytarł łzy rękawem i dopiero wtedy spojrzał wokół. Zorientował się, że dwóch „ładnych braci”, którzy mu towarzyszyli, gdzieś się ulotniło.

Chi Fang, upewniwszy się, że to rzeczywiście rodzice chłopca, po cichu oddalił się w przeciwną stronę. Yu Mo szedł spokojnie i prosto — nikt nie podejrzewałby, że ten chłodny, przystojny chłopak właśnie pomógł zgubionemu dziecku. Nikt też nie zwrócił na niego uwagi.

Za zakrętem Chi Fang odetchnął z ulgą. Najbardziej na świecie nie znosił płaczu dorosłych kobiet. A całe to zamieszanie sprawiło, że był już głodny jak wilk — przez cały dzień zjadł tylko dwa herbatniki.

— Głodny jesteś? — zapytał, patrząc na Yu Mo.

Chłopak przytaknął. Ręka, którą trzymał pasek od plecaka, lekko się zacisnęła.

— Ja…

— Hm? — mruknął Chi Fang, rozglądając się w poszukiwaniu czegoś do jedzenia.

— Mogę… mogę zostać z tobą? — zapytał Yu Mo niemal szeptem.

Chi Fang zatrzymał się i spojrzał na niego z uśmiechem, jakby czytał go jak otwartą książkę.

— Lubisz grillowane jedzenie?

Cattuccino

Wasze wsparcie sprawia, że mogę dalej poświęcać czas i energię na tłumaczenie opowiadań, które tak lubicie. Każdy gest, nawet najmniejszy, pomaga mi utrzymać stronę i rozwijać się w tym, co kocham robić. Jeśli doceniacie moją pracę i chcielibyście wesprzeć mnie w dalszym tworzeniu, serdecznie zapraszam do wpłacenia datku przez Ko-fi. Dzięki Wam mogę dostarczać kolejne rozdziały!

Dziękuję za Waszą życzliwość i wsparcie!

Dodaj komentarz