
Bądź na bieżąco!
Jeśli chcesz być informowana/y o nowych rozdziałach kliknij przycisk znajdujący się obok!
Druga szansa - rozdział 9
— Mówiłem ci przecież, Xiao Fang, nie powinieneś mnie powstrzymywać! Pozwól mi skopać tego gówniarza i pokazać mu, dlaczego kwiaty są takie czerwone! — narzekał Pang Zifei z pozornie obojętnym wyrazem twarzy.
(„Dlaczego kwiaty są takie czerwone?” — fragment pieśni. W oryginale: „Bo są podlewane krwią młodości”. Współcześnie używane żartobliwie lub ironicznie — jako zapowiedź solidnego lania.)*
Nasz Xiao Fang! Wygląda jak aniołek! Dobry charakter! Od dziecka rozpieszczany! Nie dość, że nigdy nie prał ubrań, to nawet naczyń nie zmywał! A ten Yu Mo miał czelność kazać Chi Fangowi wyprać swoje rzeczy…
Pang Zifei zagotował się jeszcze bardziej. W końcu zawrócił.
— Nie, jednak nadal mam ochotę mu przyłożyć.
Chi Fang chwycił go za rękaw i zatrzymał.
— Dobra, nie warto. Zostaw.
Nie spodziewał się, że Yu Mo przyniesie do szkoły swój brudny mundurek z oczekiwaniem, że Chi Fang go wypierze. W końcu to on poplamił go olejem — logiczne, że powinien wziąć odpowiedzialność. A jednak coś w nim się burzyło. Przecież to on uratował Yu Mo poprzedniego wieczoru… a ten zapamiętał tylko tłustą plamę na ubraniu.
Nie denerwuj się. To przyszły rekin biznesu, nie możesz sobie pozwolić na emocje… Nie denerwuj się… A jednak jestem wściekły!
Pang Zifei spojrzał na jego twarz i instynktownie schował głowę w ramiona.
Koniec. Mały wszechświat Chi Xiaofanga właśnie eksplodował.
(„Mały wszechświat” — określenie z serii Saint Seiya, oznaczające nagły wybuch drzemiącej siły wewnętrznej bohatera.)
Tego dnia, podczas drugiej lekcji po południu, odbywały się zajęcia z wychowania fizycznego. Uczniowie przebiegli tysiąc metrów, a nauczyciel uznał, że czas dobiegł końca, więc zakończył lekcję machnięciem ręki.
Kilku chłopaków, prowadzonych przez Panga Zifeia, ruszyło pędem na boisko do koszykówki. W szkole było zaledwie kilka obręczy, a chętnych wielu — każda walka o kosz wyglądała jak prawdziwa bitwa.
Pang może nie był wysoki, ale wystarczająco szybki, by dotrzeć jako pierwszy. Odbił piłkę, zrobił kilka kroków, dając znać, że przejął boisko.
Zaraz potem podał piłkę Chi Fangowi, który właśnie nadchodził.
— Mistrzu Chi, dziś jesteś zaskakująco żwawy — rzucił zaczepnie.
Chi Fang złapał piłkę, odbił ją dwa razy. Od dawna nie grał, ale poczuł znajome poruszenie w palcach.
Inni chłopcy, ci którzy zwykle grali z Pangiem, podeszli i podzielili się na drużyny według starych zasad. Choć Chi Fang nie dotykał piłki od dawna, jego ciało pamiętało. Po kilku zagraniach znów wciągnął się w grę.
Późno październikowe powietrze było chłodne, lecz czoło Chi Fanga pokryło się potem. Wytarł je niedbale rękawem mundurka i już miał zawołać Panga, by zrobić przerwę, gdy nagle za plecami rozległ się pisk dziewczyny.
Ból.
Coś uderzyło go mocno w tył głowy. Zachwiał się, ale nie upadł.
— Kurde! Chi Xiao Fang, wszystko w porządku?! — krzyknął Pang z przerażeniem. Odrzucił piłkę i podbiegł, by go złapać.
Choć twarz Chi Fanga pobladła, wciąż był przytomny. Jedną ręką trzymał się za potylicę, z ustami otwartymi w bezgłośnym grymasie bólu.
Pang zaklął w myślach i ruszył w stronę winowajcy.
Zamarł.
Piłkę już podniósł inny chłopak, gotów grać dalej. Nie tylko nie przeprosił, ale nawet nie wyglądał na skruszonego.
Pang zmarszczył brwi, wyciągnął rękę i wytrącił mu piłkę.
— Co ty robisz?! — tamten odwrócił się wściekły, ale gdy zobaczył Panga, jego mina nieco zbladła. — Nie rób zamieszania.
Pang zignorował go, chwycił chłopaka za kołnierz i pchnął przed Chi Fanga.
— Przeproś Laozi — rzucił lodowatym tonem.
(„Laozi” — slangowo i prowokacyjnie: „twojego starego”, czyli „mnie”.)
Tamten niemal wylądował na kolanach. Wciąż sapał i mamrotał:
— Tylko jedno uderzenie… Ależ z niego panienka…
W połowie zdania urwał. Po jego plecach spłynął zimny pot, zrobił krok w tył. Wszyscy wokół zorientowali się, że coś się zmieniło — spojrzeli na Chi Fanga.
Chi Fang nie zauważył, że całe boisko nagle ucichło.
— Co się stało?
Dołączyło kilku chłopaków. Jeden z nich rzucił w stronę Panga:
— Co? Znowu chcesz oberwać, Pang Zifei?
Pang spojrzał w bok. To był Wang Pengyu. Miał być rok wyżej, ale przez powtórkę klasy znalazł się na roku z nimi. Od gimnazjum byli śmiertelnymi rywalami. Ich spotkania kończyły się albo bójką, albo umawianiem się na nią.
— Co? Rana ci się zagoiła i znów cię ciągnie do kłopotów? — odciął się Pang.
W zeszłym miesiącu Wang przyprowadził dwóch kumpli, żeby go złapać, ale to on dostał pięścią w twarz. Przez dwa dni nie wychodził z domu.
Twarz Wanga natychmiast się skrzywiła.
Widząc, że atmosfera gęstnieje, Chi Fang pokręcił głową. Nadal czuł lekki zawrót.
— Uważajcie, nauczyciel patrzy.
Trener siedział w cieniu, ale miał ich na oku. Gdyby zaczęli się bić, Pang znów musiałby tłumaczyć się rodzicom.
Wang, widząc milczenie Panga, zakpił:
— Oho, grubas zamienia się we wnuczka?
(zmieniać się we wnuczka – pogardliwe określenie na uległość wobec drugiej osoby)
Pang zacisnął zęby, lecz milczał.
Wang zaśmiał się z zadowoleniem i odwrócił się na pięcie.
— Hej — odezwał się Chi Fang. — Chcesz się założyć?
Wang odwrócił się z pogardą i spojrzał na niego z góry.
— Ty, karzełku? Z takim wzrostem to ja mogę grać przeciwko dziesięciu takim jak ty.
Chi Fang zmrużył oczy. Miał 170 cm wzrostu. Wang po prostu z niego szydził.
— Bójki są nudne — powiedział spokojnie. — Załóżmy się o coś poważniejszego.
— O co?
— O oceny — odparł Chi Fang.
Na boisku zapadła cisza. Po trzech sekundach Wang wybuchnął śmiechem.
— Chcesz się zakładać o naukę?! Chyba naprawdę cię trzepnęło. Wszyscy wiedzą, że jesteś ostatni w klasie!
Chi Fang na moment zamarł. Przypomniał sobie swoje dwa punkty z matematyki…
— Mistrzu — rzucił z ironią Wang — radzę ci…
— Boisz się? — przerwał mu Chi Fang.
Twarz Wanga spochmurniała. Do tej pory nikt poza Pangiem nie odważył się mu tak odpowiedzieć.
Spojrzał w stronę nauczyciela. Jeśli teraz zacznie bójkę, może zostać wyrzucony.
— Dobrze — powiedział cicho. — Przyjmuję zakład.
— Ale jesteś impulsywny… — westchnął Pang, idąc za Chi Fangiem z gabinetu pielęgniarki. W dłoni trzymał butelkę Yunnan Baiyao. Na potylicy Chi Fanga rysował się spory guz. Na szczęście nie doszło do wstrząsu.
Lekarz zganił Panga, uspokoił Chi Fanga i puścił ich wolno.
— Spokojnie. Mamy jeszcze dwa miesiące — uśmiechnął się Chi Fang.
Zakład dotyczył egzaminu końcowego. Jeśli Chi Fang wygra, Wang Pengyu przez cały semestr będzie musiał mówić do niego „starszy bracie”.
— Zapominasz, że on siedzi w liceum już drugi rok. Może nie jest wybitny, ale trzyma średni poziom. Ty…
Pang zawahał się. Nie chciał zniechęcać przyjaciela.
— Spoko. Dam radę.
Wrócili do klasy. Była pusta. Chi Fang podszedł do swojej ławki, lecz zatrzymał się w pół kroku.
Na blacie stała nowa butelka Yunnan Baiyao.
— Może jakaś zakochana dziewczyna ci ją przyniosła? — zażartował Pang.
Chi Fang spojrzał na butelkę. Była identyczna jak ta ze szkolnej apteki. To znaczy, że ktoś widział, jak został trafiony piłką, i poszedł po lekarstwo specjalnie dla niego.
Kto?
Usiadł powoli. Spojrzał na papierową torbę, a zapomniana złość znów rozgorzała.
Nieznajomy przyniósł mu lekarstwo.
A ten, którego uratował…
…kazał mu prać!
Prać. Ubrania!
Trzask. Torba wylądowała z impetem w biurku.
— Nie wiem. Lepiej się pouczę! — mruknął.

Wasze wsparcie sprawia, że mogę dalej poświęcać czas i energię na tłumaczenie opowiadań, które tak lubicie. Każdy gest, nawet najmniejszy, pomaga mi utrzymać stronę i rozwijać się w tym, co kocham robić. Jeśli doceniacie moją pracę i chcielibyście wesprzeć mnie w dalszym tworzeniu, serdecznie zapraszam do wpłacenia datku przez Ko-fi. Dzięki Wam mogę dostarczać kolejne rozdziały!
Dziękuję za Waszą życzliwość i wsparcie!