
Bądź na bieżąco!
Jeśli chcesz być informowana/y o nowych rozdziałach kliknij przycisk znajdujący się obok!
Cudowne życie - rozdział 16
Lao Han wyszedł z ukochaną kliwią w ramionach, dziękując i wychwalając Lu Lingxi pod niebiosa za jego umiejętność ocalenia rośliny od niechybnej śmierci. Du Lin doskonale znała się na pielęgnowaniu kwiatów i była już dobrze znana w okolicy. Gdy Lao Han rozpowiedział, co się wydarzyło, ludzie dowiedzieli się, że Lu Lingxi pracuje w Tiny Garden, i w ciągu zaledwie dwóch dni stał się znany wśród miłośników roślin z całej ulicy.
Wszyscy wiedzieli, że ten nowy chłopak z Tiny Garden to porządny człowiek, a do tego świetnie zna się na kwiatach. Przechodni przyciągały donice begonii stojące przed sklepem, które kwitły niezwykle bujnie. Gdy ktoś zajrzał do środka, nie chciał już wychodzić. Kwiaty i rośliny były naprawdę zachwycające. Liście miały szmaragdową zieleń, a kwiaty — przepiękne kolory. Cały sklep tonął w zieleni, a powietrze w nim było świeższe niż na zewnątrz. Wystarczyło spędzić tam trochę czasu, by poczuć, jak znika zmęczenie całego dnia.
To nie były przesadne słowa. Kilku stałych klientów, którzy odwiedzali sklep regularnie, wyraźnie zauważyło różnicę. Te same kaliie, którymi opiekował się Lu Lingxi, rosły znacznie lepiej niż te w ich domach. Kiedyś przychodzili tu, gdy sklep prowadziła Du Lin, ale wtedy nie dostrzegali takiej różnicy. Jak to opisać? Kwiaty i rośliny, którymi zajmował się Xiao Xi, promieniowały pozytywną energią. Dzięki tej energii cały sklep miał inny klimat. Spędzając tam więcej czasu, człowiek naprawdę czuł wewnętrzny spokój, jakby wszystkie troski nagle znikały.
Gdy Dong Zhi opowiadał Lu Lingxi o tych krążących pogłoskach, chłopak nie mógł powstrzymać rumieńców. Jego twarz zrobiła się gorąca, a on sam wyglądał na zakłopotanego pochwałami. Dong Zhi z trudem powstrzymywał śmiech — Lu Lingxi był naprawdę wrażliwy i delikatny, a niezależnie od tego, czy go chwalono, czy droczono się z nim, zawsze łatwo się rumienił. Gdy już skończył, Dong Zhi klepnął go po ramieniu i celowo przybrał poważny ton:
— Młody człowieku, masz przed sobą świetlaną przyszłość. Trzymaj tak dalej.
Lu Lingxi skinął głową z całą powagą.
Gdy Dong Zhi spojrzał na niego, uznał powagę Lu Lingxi za niezwykle uroczą. Chłopak naprawdę brał sobie do serca jego mimochodem rzucone słowa. W gruncie rzeczy Dong Zhi był od Lu Lingxi starszy niemal o całe dziesięć lat i nieświadomie traktował go jak młodszego brata, którym trzeba się zaopiekować. Nie mógł pojąć, jaka rodzina mogła wychować tak grzeczne i posłuszne dziecko. Kilkakrotnie słyszał, jak Lu Lingxi wspominał o Wang Shuxiu, i w tamtej chwili poczuł prawdziwy podziw dla kobiety, której nigdy wcześniej nie spotkał. Kobieta, która sama utrzymywała rodzinę i wychowała Lu Lingxi na takiego chłopca, musiała być osobą pełną godności, hojności, rozsądku i niezwykłych cnót.
Westchnąwszy w duchu, Dong Zhi przypomniał sobie coś nagle:
— Aha, możesz dziś zabrać Dahei do domu.
— Naprawdę? — Lu Lingxi zapytał z zaskoczeniem.
Dong Zhi kiwnął głową. Rany Dahei niemal całkowicie się zagoiły, więc jeśli tylko zachowa się ostrożność, nic mu już nie groziło. Dahei był przyzwyczajony do swobody na zewnątrz, a teraz, zamknięty cały dzień w klatce, robił się coraz bardziej rozdrażniony. Jedynie przy karmieniu przez Lu Lingxi stawał się trochę łagodniejszy, ale przez resztę czasu straszył inne zwierzęta trafiające do sklepu zoologicznego. Dong Zhi był już tym tak zmęczony, że nie mógł się doczekać, aż Lu Lingxi go zabierze.
Lu Lingxi często słyszał szczekanie Dahei z drugiej strony ulicy i naturalnie wiedział, jak bardzo Dong Zhi był wobec niego bezradny. Aż dziwne, bo Dahei był zwykłym psem — niezbyt dużym, wręcz chudym i kościstym po długim czasie błąkania się — ale miał w sobie niesamowitą siłę. Wczoraj do sklepu trafił bernardyn. Być może Dahei poczuł się sprowokowany i od razu się na niego rzucił. Dong Zhi natychmiast zainterweniował, bojąc się, że Dahei ucierpi. A jednak zanim zdążył zareagować, Dahei nastroszył się i zawarczał, a bernardyn natychmiast odwrócił się i uciekł. Gdy Dong Zhi i Lu Lingxi rozmawiali później o całej sytuacji, nie mogli w to do końca uwierzyć.
Ponieważ wieczorem miał zabrać Dahei do domu, Lu Lingxi z zapałem zabrał się za sprzątanie i szykowanie do wyjścia z pracy. Dong Zhi podarował mu smycz i kaganiec dla psa — nawet jeśli Dahei nie był agresywny, to przynajmniej przechodnie będą czuli się bezpieczniej.
Smycz Dahei jeszcze jakoś zaakceptował, ale kaganiec wzbudził jego wyraźny sprzeciw. Nie chciał zbliżyć się do Dong Zhi, warczał groźnie i nie dawał się dotknąć. Dong Zhi nie był w stanie go udobruchać i musiał zostawić to zadanie Lu Lingxi.
Lu Lingxi wiedział, że noszenie kagańca będzie dla psa niewygodne, ale nie miał wyboru. Pogładził Dahei i łagodnie przemówił:
— To tylko na chwilę, tylko żeby wrócić do domu.
Dahei jęknął cicho kilka razy, po czym z niechęcią uniósł głowę. Lu Lingxi uśmiechnął się i z uznaniem pogładził go po łbie.
Powrót z Tiny Garden do osiedla zajmował zaledwie pół godziny pieszo, a Lu Lingxi przez całą drogę uczył Dahei rozpoznawać trasę. Niedługo po tym, jak opuścili ulicę, przy której mieścił się sklep, Dahei nagle odwrócił głowę i przywarł do ziemi w czujnej pozycji.
Lu Lingxi spojrzał za siebie zaskoczony. Nikogo tam nie było.
— Dahei?
Pies warczał nisko, przyczajony. Choć przez kaganiec nie mógł wydać głośnego dźwięku, ten pomruk zdawał się dobywać gdzieś z głębi jego gardła i przez to brzmiał jeszcze bardziej przejmująco. Lu Lingxi poczuł się nieco zdezorientowany i próbował zrozumieć, co tak zdenerwowało psa. Czyżby ktoś ich śledził?
Była dopiero siódma wieczorem, więc niebo wciąż było jasne. Ulica nie należała do odludnych — co jakiś czas przechodził ktoś pospiesznie chodnikiem. Lu Lingxi pogładził Dahei po głowie, nie kryjąc zdziwienia — co takiego wyczuł pies?
Właśnie gdy Lu Lingxi rozglądał się dookoła i zamierzał pociągnąć Dahei dalej, obok nich zatrzymał się znajomy samochód.
Szyba została opuszczona, a Yan Yue, jakby spotkał ich zupełnie przypadkiem, powiedział:
— Co się dzieje? Już z daleka widziałem, że Dahei się rzuca.
Lu Lingxi pokręcił głową; sam nie wiedział, co się wydarzyło. Na szczęście, odkąd pojawił się Yan Yue, Dahei przestał warczeć, choć wciąż tkwił w czujnej pozycji, nie spuszczając wzroku z przestrzeni za nimi.
Yan Yue rzucił okiem na Dahei, a potem jego wzrok mimowolnie zatrzymał się na palcach Lu Lingxi, które delikatnie gładziły czarną sierść psa. Miękkie, czarne futro oplatało się wokół jasnych palców. Było w tym coś nie do zniesienia. Yan Yue odwrócił wzrok i powiedział niby od niechcenia:
— Wsiadajcie, podwiozę was.
Lu Lingxi zawahał się. W ostatnich dniach Yan Yue codziennie zaglądał do sklepu zoologicznego, by zobaczyć się z Dahei, i zawsze gdzieś się na siebie natykali. Choć nie byli sobie obcy, wymienili do tej pory zaledwie kilka słów, więc Lu Lingxi nie chciał robić mu kłopotu.
Yan Yue zauważył jego wahanie, a w jego oczach pojawił się cień. Choć w środku miał ochotę wyskoczyć z auta i wepchnąć chłopaka do środka, z zewnątrz zachowywał kamienny spokój.
Pod naporem milczącego uporu Yan Yue, Lu Lingxi w końcu ustąpił. Otworzył drzwi samochodu i gestem wskazał Daheiowi, by pierwszy wskoczył do środka. Sam już miał wsiadać za nim, kiedy Yan Yue przechylił się i otworzył przednie drzwi, mówiąc:
— Usiądź z przodu, z tyłu mam trochę bałagan.
Lu Lingxi lekko się zdziwił, pogładził Dahei i okrążył samochód, by zająć miejsce na fotelu pasażera.
— Dokąd jedziemy?
Yan Yue był w doskonałym nastroju, choć nie mógł tego po sobie pokazać. Musiał powstrzymać kąciki ust, które chciały unieść się w uśmiechu, i starał się brzmieć swobodnie.
Lu Lingxi podał nazwę osiedla. Yan Yue znał to miejsce — jedna ze starszych dzielnic w centrum Fengcheng. Kilka lat temu Grupa Hopewell interesowała się tą okolicą i nawet przygotowano wstępny opis projektu. Później jednak inwestycję zawieszono, ponieważ koszty wykupu mieszkań były zbyt wysokie. Idąc tą drogą i skręcając w lewo na pierwszym skrzyżowaniu, można było dotrzeć do wspomnianego osiedla. Yan Yue rzucił spojrzenie młodemu chłopakowi — i gdy powinien skręcić w lewo, bez wahania skręcił w prawo.
Lu Lingxi:
— …w drugą stronę.
Yan Yue udawał zaskoczonego.
— W drugą? Wydawało mi się, że trzeba skręcić w prawo na pierwszym skrzyżowaniu.
Lu Lingxi zamrugał i z lekkim zakłopotaniem zauważył:
— Pomyliłeś lewo z prawo.
Yan Yue rzucił mu przepraszające spojrzenie.
— Przepraszam, mój błąd. Czy bardzo ci się spieszy?
Jego uprzejmość wprawiła Lu Lingxi w jeszcze większe zakłopotanie.
— Nic się nie stało, nikt na mnie nie czeka więc bez znaczenia kiedy wrócę.
— Mieszkasz sam? — zapytał Yan Yue, jakby od niechcenia, prowadząc lekką rozmowę.
— Nie, z mamą. Ale mama pracuje na nocne zmiany, więc o tej porze jest już w pracy.
W głosie chłopaka dało się wyczuć ciepło i żywszy ton, gdy wspomniał o matce. Od razu było widać, że ich relacje są bardzo dobre.
Yan Yue odpowiedział krótkim „hmm” i nie zapytał o ojca chłopaka.
— Mieszkasz w pobliżu? — zapytał Lu Lingxi z lekką ciekawością. Ostatnio często widywał Yan Yue w sklepie zoologicznym, a gdy w porze obiadowej przychodził karmić Daheia, ten zawsze już tam był. Skoro spotkał go i dziś, pomyślał, że Yan Yue musi mieszkać gdzieś w okolicy.
— Nie, mam tu sprawy do załatwienia.
Gdy Yan Yue to powiedział, ukradkiem zerknął na Lu Lingxi, nie wspominając ani słowem, że przez ostatnie dwa dni krążył wokół niego jak cień. Obserwował każdy jego ruch — jak chłopak z oddaniem pielęgnował rośliny, jak serdecznie rozmawiał z klientami, jak z zapałem sprzątał sklep, gdy nikt nie patrzył, jak uśmiechał się do głupiego psa, nie mogąc się powstrzymać. Z trudem tłumił w sobie pragnienie, by po prostu podejść, ale wciąż udawał, że spotykają się przypadkiem, akurat wtedy, gdy Lu Lingxi przychodził nakarmić Dahei.
Chłopak był niewinny, ale nie głupi. Yan Yue nie chciał go spłoszyć swoją natarczywością. Chciał, by Lu Lingxi stopniowo przyzwyczaił się do jego obecności i powoli zaakceptował jego przemianę — od obcego do przyjaciela.
Kiedy Yan Yue studiował za granicą, zdarzało mu się jeździć z kolegami na polowania. Dobry myśliwy, gdy już wypatrzy swoją zdobycz, musi mieć cierpliwość — czekać, zastawić pułapkę i uderzyć wtedy, gdy ofiara nie będzie się niczego spodziewać. Yan Yue miał i cierpliwość, i pewność siebie. Młody chłopak będzie jego — co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości.
Nie chcąc być pominięty, Dahei wysunął łeb do przodu i cicho zaskomlił. Lu Lingxi uśmiechnął się i sięgnął, by podrapać go pod brodą, przerywając tym samym rozmowę z Yan Yue.
W samochodzie zapadła cisza, przerywana jedynie cichym popiskiwaniem Dahei. Yan Yue rzucił okiem na młodzieńca siedzącego obok niego. Chłopak wyglądał na odprężonego, spokojnie wpatrującego się przez szybę. Za oknem przesuwał się krajobraz, a wewnątrz panował zamknięty świat — tylko oni we trójkę: dwóch ludzi i pies. Bez zgiełku i chaosu z zewnątrz, wszystkie troski jakby znikały, a w oczach Yan Yue nie było nic poza przejrzystym uśmiechem młodego chłopaka. Jego serce stopniowo się uspokajało, chłonąc tę rzadką chwilę ciszy.
Niedługo po tym, jak samochód odjechał, z niszy w murze wysunął się Lu Yishui, spluwając i złorzecząc w stronę znikającego auta.
Przez ostatnie dni musiał chować się przed ludźmi, którym był winien pieniądze, bo Brat Feng naciskał, żeby wreszcie uregulował dług. Wang Shuxiu, ta przeklęta baba, nie tylko nie dała mu ani grosza, ale jeszcze rozgłaszała wszędzie, że chce się z nim rozwieść. Lu Yishui wychowywał się z matką, ojca nigdy nie widział. Po śmierci matki jedyną rodziną, jaka mu została, byli Wang Shuxiu i Lu Lingxi. Poza nimi naprawdę nie miał się do kogo zwrócić. Pomyślał, że skoro na Wang Shuxiu nie można liczyć, to może chociaż Lu Lingxi, ten bachor, się przyda. Tyle że minęło już kilka dni, a ten gówniarz dalej udaje, że nie ma ojca. Lu Yishui nie mógł już dłużej czekać — musiał zaryzykować i skontaktować się z Lu Lingxi osobiście.
Tym razem, gdy Lu Yishui usłyszał, że Lu Lingxi znalazł pracę, nie odważył się pokazać publicznie, obawiając się, że ktoś z ludzi Brata Feng go zauważy. Dlatego przekradł się w ukryciu i zaczął śledzić Lu Lingxi, planując porozmawiać z nim później, kiedy nikogo nie będzie w pobliżu. Przecież była ta sprawa z mieszkaniem na nazwisko Lu Lingxi, prawda? Gdyby udało mu się omamić bachora i wzbudzić w nim litość, może udałoby się przejąć dom i go sprzedać. Potrzebował tych pieniędzy jak powietrza — w przeciwnym razie Brat Feng naprawdę mógłby go zabić.
Lu Yishui miał wszystko pięknie obmyślone, ale nie przewidział jednego: że Lu Lingxi będzie miał przy sobie psa. Gdy Dahei zaszczekał, nogi się pod nim ugięły i aż zabrakło mu tchu. A potem ten bachor wsiadł do samochodu z jakimś facetem. Lu Yishui podrapał się po brodzie — od kiedy ten gówniarz znał takich bogaczy? Samochód, którym odjechali, wystarczyłby, żeby spłacić jego długi hazardowe i jeszcze coś zostałoby na nowy start. Nie wiedział, jaka relacja łączy Lu Lingxi z tamtym mężczyzną, ale czy nie można by było pożyczyć choć trochę pieniędzy, żeby uratować sytuację?
Lu Lingxi nie miał pojęcia, że w tej chwili stał się celem Lu Yishui. Ponieważ Yan Yue źle skręcił, minęło dobre pół godziny, zanim udało się zawrócić i znaleźć drogę do osiedla. Lu Lingxi zamierzał wysiąść przy wejściu do wspólnoty mieszkaniowej, ale Yan Yue uparł się, że odwiezie go aż pod sam dom. Jak to ujął — to tylko kilka kroków więcej, więc nie było sensu zatrzymywać się wcześniej.
W obliczu ciekawskich spojrzeń sąsiadów, Lu Lingxi uprzejmie pożegnał się z Yan Yue:
— Dziękuję, naprawdę sprawiłem ci dziś sporo kłopotu.
Yan Yue uniósł lekko kącik ust:
— Nie masz za co dziękować. Żaden kłopot.
Lu Lingxi uśmiechnął się ciepło, jego oczy rozjaśniły się radością.
Gdy obserwował, jak Yan Yue odjeżdża, Lu Lingxi zaprowadził Dahei do domu. W niewielkim ogródku z tyłu już wcześniej przygotował dla psa posłanie — ciekawe, czy Daheiowi się spodoba.
— To będzie twój dom — powiedział, głaszcząc psa po głowie.
Dahei jakby zrozumiał jego słowa, cicho zaszczekał i otarł się pyskiem o dłoń chłopaka.
Tej nocy, kiedy Lu Lingxi już miał się położyć spać, nagle usłyszał głośne szczekanie Daheia, a zaraz potem rozległ się męski wrzask.
— Ty cholerny psie! Puść!
Lu Lingxi zerwał się i popędził do ogródka. W świetle nocy zobaczył ciemną sylwetkę uczepioną płotu. Jedną nogę mężczyzny Dahei trzymał w zębach, zaciskając szczęki z furią. Niezależnie od tego, jak bardzo mężczyzna się szamotał, nie potrafił się wyrwać.

Wasze wsparcie sprawia, że mogę dalej poświęcać czas i energię na tłumaczenie opowiadań, które tak lubicie. Każdy gest, nawet najmniejszy, pomaga mi utrzymać stronę i rozwijać się w tym, co kocham robić. Jeśli doceniacie moją pracę i chcielibyście wesprzeć mnie w dalszym tworzeniu, serdecznie zapraszam do wpłacenia datku przez Ko-fi. Dzięki Wam mogę dostarczać kolejne rozdziały!
Dziękuję za Waszą życzliwość i wsparcie!