wow

Bądź na bieżąco!

Jeśli chcesz być informowana/y o nowych rozdziałach kliknij przycisk znajdujący się obok!

Druga szansa - rozdział 19

Słowo od tłumacza:

Dziękuję serdecznie za ko-fi „Aga61”. Specjalnie dla Ciebie już drugi z trzech dzisiejszych rozdziałów:) Dziękuję!!!

Ostatecznie na barbecue nie poszli.

Na pierwszy rzut oka widać było, że Yu Mo nie jest typem, który jada na mieście. A już szczególnie nie coś takiego jak grillowane jedzenie — przecież wiadomo, że nie jest to najbardziej zdrowa opcja. A co, jeśli coś mu zaszkodzi? Co, jeśli po takim jedzeniu źle się poczuje?

W końcu Chi Fang zdecydował się zabrać Yu Mo na coś bezpieczniejszego — dwie miski wołowego ramenu.

Kiedy skończyli jeść, do zbiórki nie pozostało już wiele czasu. Yu Mo szedł cicho za Chi Fangiem, jak cień. Nie odzywał się ani słowem, ale jego wzrok nieustannie był skupiony na towarzyszu, co sprawiało, że jego obecność trudno było zignorować.

W pewnym momencie Chi Fang poczuł ten intensywny wzrok tak wyraźnie, że nie mógł już dłużej udawać, że tego nie widzi. Zatrzymał się z westchnieniem i spojrzał za siebie.

— Co się stało?

Yu Mo natychmiast odwrócił wzrok i pokręcił głową.

Chi Fang był już odporny na tę charakterystyczną, neutralną minę chłopaka. Z czasem doszedł do wniosku, że Yu Mo wcale nie jest tak trudny w obyciu, jak mogło się wydawać. W gruncie rzeczy był całkiem prosty — jeśli coś mu się podobało, kiwał głową. Jeśli nie — kręcił. I tyle. Bez gry pozorów, bez udawania.

W przeciwieństwie do wielu ludzi, którzy mówią „lubię”, a tak naprawdę ledwie tolerują.

— Do zbiórki został jeszcze ponad kwadrans. Może byśmy… — zaczął Chi Fang, mając na myśli, że mogliby pójść już na miejsce i poczekać na resztę, ale wtedy zauważył, jak wzrok Yu Mo ucieka nieznacznie w bok. Chi Fang zamilkł, a w jego głowie szybko przemknęła mapa zoo.

W tamtym kierunku…

— Może zajrzymy do czarnej pantery? Słyszałem, że niedawno sprowadzili nową. Podobno jest niesamowicie piękna.

W oczach Yu Mo pojawiło się zaskoczenie — może nawet cień zachwytu. Skinął głową.

Pantera, która pojawiła się niedawno w miejskim zoo, została podobno uratowana przez pewnego odkrywcę z głębi dżungli. W momencie znalezienia była w stanie agonalnym, całe ciało poranione, jakby rozszarpane. Weterynarze z miejskiego centrum ratunkowego walczyli o jej życie przez niemal miesiąc. Teraz przebywała w fazie rekonwalescencji, a zoo wydzieliło dla niej osobną, spokojną przestrzeń.

Czarne pantery były niezwykle rzadko spotykane, zwłaszcza dla mieszkańców miasta. Nic więc dziwnego, że Chi Fang szybko odnalazł odpowiedni pawilon, podążając za tłumem.

Mimo wszystko, pantera to wciąż dzikie zwierzę. Nawet ranna, stanowiła potencjalne zagrożenie. Dlatego wybieg, w którym przebywała, oddalony był od alejek i zabezpieczony dodatkowymi barierami.

Chi Fang długo przyglądał się wnętrzu wybiegu, zanim w końcu dostrzegł ją — leżała nieruchomo na płaskim kamieniu, z zamkniętymi oczami, jak wtapiając się w otaczający cień.

To była niemal idealna forma kamuflażu. Gdyby nie to, że czarna pantera ziewnęła szeroko, odsłaniając pysk — Chi Fang w ogóle by jej nie dostrzegł.

— Spójrz, tam jest — powiedział, wskazując ją palcem, obawiając się, że Yu Mo może nie zauważyć.

Yu Mo spojrzał we wskazanym kierunku. Rzeczywiście, na kamieniu leżała czarna pantera. Jej futro było miejscami wygolone — zapewne po niedawnej operacji — co nadawało jej nieco komiczny wygląd, zupełnie nieprzystający do jego wyobrażenia o królu dżungli.

Przez chwilę przyglądał się uważnie zwierzęciu, nie do końca potrafiąc nazwać emocje, które się w nim budziły. Wiele razy w życiu milczał, nawet gdy miał coś do powiedzenia — nie dlatego, że nie potrafił, ale dlatego, że nikt nie słuchał. Ale teraz… Chi Fang jakimś sposobem wiedział, co on czuje.

Chi Fang stał tuż obok niego. Ponieważ wokół zebrało się sporo ludzi, obaj musieli stanąć bardzo blisko. Wystarczyło, że Yu Mo pochylił głowę, a już widział drobne kosmyki na czubku głowy Chi Fanga.

Widoczność w strefie pantery była ograniczona, więc wszyscy wokół instynktownie próbowali się przecisnąć bliżej, wpychając się przed siebie.

Ale Yu Mo zauważył coś jeszcze.

W tym tłumie, mimo nacisku ze wszystkich stron — Chi Fang ani razu go nie dotknął.

Choć wokół nich było coraz ciaśniej, Chi Fang za każdym razem naprężał ciało, by utrzymać dystans. Po kilku takich próbach, jego twarz zarumieniła się wyraźnie.

— Zbliża się pora zbiórki. Wrócimy? — zapytał, napierając ciałem w tył, by niechcący nie oprzeć się o Yu Mo. Tłum gęstniał, a po jeszcze kilku naporach prawdopodobnie wyląduje całym ciężarem na jego ramieniu.

Nie wiadomo, czy przez ilość ludzi, czy przez fobię Yu Mo wobec dotyku, ale jego twarz wyglądała coraz mniej przyjaźnie.

Yu Mo podniósł rękę, jakby chciał ją położyć za plecami Chi Fanga, lecz zawahał się i niepostrzeżenie opuścił dłoń. Skinął tylko głową.

Na miejsce zbiórki dotarli niemal równo z kilkoma innymi uczniami. Przewodnicząca klasy spojrzała na nich, nie komentując niczego, po czym zaczęła liczyć obecnych i wsiadła do autobusu.

Yu Mo szedł tuż za Chi Fangiem. Ten z kolei nie zatrzymał się po wejściu, tylko od razu ruszył w stronę tylnych rzędów. Wybrał wolne miejsce i usiadł, zapinając pas. Yu Mo zatrzymał się obok — niepewny.

Rankiem, gdy tamten chłopak przyprowadził go do Chi Fanga, powiedział, że to Chi Fang chce z nim siedzieć. Ale Yu Mo doskonale wiedział, że to nie była prawda. Chi Fang po prostu nie wyprowadził tamtego z błędu, bo nie chciało mu się tłumaczyć.

A teraz?

Czy on naprawdę chce, żebyśmy usiedli razem?

Chi Fang zapiął pas, uniósł głowę i spojrzał na Yu Mo stojącego obok. Wydawało się, że tamten zamyślił się głęboko. Na szczęście wybrali miejsce niemal na końcu autobusu, więc nie przeszkadzali nikomu, nawet stojąc chwilę w przejściu.

— Coś nie tak? Nie chcesz tu usiąść? — zapytał, przekręcając się lekko w fotelu i spoglądając w stronę przednich rzędów. Myślał, że Yu Mo woli siedzieć z tyłu, dlatego właśnie wybrał to miejsce. Ale z przodu było jeszcze kilka pustych siedzeń. Jeśli teraz się przeniosą, mogą już nie usiąść razem.

Yu Mo odwrócił głowę, potrząsnął nią krótko i usiadł obok Chi Fanga.

— No, no… a wy to sobie z tyłu usiedliście — rzucił ktoś z lekkim rozbawieniem.

Chi Fang odwrócił się i zobaczył przewodniczącego sekcji sportowej, siedzącego rząd za nimi.

Był podobnego wzrostu co Yu Mo, a ostatni rząd siedzeń w autobusie był nieco wyższy niż pozostałe. Przez to nie mógł siedzieć wyprostowany i musiał opierać się niezręcznie o oparcie przed sobą.

— Chi Fang, jeśli chcesz się przespać, to możemy się zamienić miejscami. W ostatnim rzędzie i tak nikt nie siedzi, a przy okazji odciążysz ramię Yu Mo… — zaczął, ale instynkt kazał mu natychmiast zamilknąć.

— Ramię? Co się stało z ramieniem? — zapytał Chi Fang, kompletnie zbity z tropu. Rano, o ile pamiętał, przewodniczący sportowy wspominał coś o drętwieniu ramienia Yu Mo.

— Czekaj… to ty nie wiesz? — zdziwił się przewodniczący. — Rano przespałeś całą drogę oparty na Yu Mo. A on się nie ruszył nawet na moment, żeby cię nie obudzić.

Chi Fang zamarł.

Zasnął z powodu choroby lokomocyjnej i kompletnie nie pamiętał, co działo się później. Dopiero teraz, po słowach przewodniczącego, zaczęły wracać mu mgliste wspomnienia. Pamiętał, jak przez sen pomyślał, że poduszka jest jakaś twarda… i jak planował wystawić jej złą opinię, gdy tylko się obudzi…

Nagle przeszył go chłód.

Odruchowo dotknął karku — na szczęście, wyglądało na to, że Yu Mo go nie dusił.

— Przepraszam — powiedział natychmiast. Yu Mo przecież nie znosił, gdy ktoś go dotykał. Wystarczyło, że ostatnim razem przypadkiem go potrącił, a już musiał potem prać jego ubranie jako formę zadośćuczynienia. Teraz przytulił się do niego sam z siebie… I Yu Mo nie tylko nie zareagował agresją, ale też nie zdjął z siebie ubrań, nie podpalił ich na miejscu, nie wyrzucił go z autobusu…

— Zasnąłem i nie zwróciłem uwagi. Ale jeśli chcesz… możesz mi oddać koszulę, wypiorę ci ją.

Spojrzenie Yu Mo, zimne jeszcze przed chwilą, oderwało się od przewodniczącego i powędrowało na Chi Fanga. Nie było w nim jednak ani śladu gniewu — raczej rezygnacja, może odrobina cichego rozbawienia.

— Nie trzeba — odparł cicho.

Chi Fang spojrzał jeszcze na jego lewe ramię, upewniając się, że nie zostawił żadnej plamy. Gdy był już tego pewien, pokiwał głową z ulgą i dodał z powagą:

— Jeśli będzie ci niewygodnie, powiedz mi, dobrze?

Autobus powoli zapełniał się kolejnymi uczniami. Po całym dniu zwiedzania większość była wykończona — rozsiadali się na fotelach w milczeniu, przysypiając lub po prostu patrząc w przestrzeń. W przeciwieństwie do porannej ekscytacji, teraz panował półsenny spokój.

Chi Fang wziął tabletkę na chorobę lokomocyjną, którą wcześniej dał mu Yu Mo. Przetarł czoło dłonią i starał się za wszelką cenę nie zasnąć. Mimo wszystko… naprawdę się starał.

Jednak minęło zaledwie kilka minut jazdy, a jego świadomość już zaczęła się rozmywać. Oparł głowę o szybę. Przez moment zimne szkło przyniosło mu ulgę, ale ta metoda szybko przestała działać.

Jeśli tak dalej pójdzie… na pewno znowu zaśnie.

Chi Fang przetarł twarz dłonią, wyjął z kieszeni słuchawki, podłączył je do telefonu i zapytał Yu Mo:

— Słuchasz muzyki?

Yu Mo sięgnął po jedną słuchawkę.

Chi Fang zaczął przeglądać playlistę w telefonie. Spokojne, kojące utwory odpadały — po kilku minutach znowu by zasnął. A te wszystkie „piosenki-głupotki”* też nie wchodziły w grę. Tylko zepsułyby jego wizerunek przed Yu Mo. W końcu znalazł energetyczny, szybki kawałek po angielsku.

*Uwaga tłumacza: w oryginale „sand sculpture” (shā diāo) to żartobliwe określenie czegoś głupkowatego, ale śmiesznego — jak absurdalna piosenka, która wywołuje śmiech przez swoją niedorzeczność.

Dźwięk popłynął z jednej słuchawki — wokalista śpiewał wyraźnie, melodia była żywa i lekka. Yu Mo rzadko słuchał muzyki — takie rzeczy zwykle go nie interesowały. Ten utwór słyszał po raz pierwszy. Mimo że piosenka była po angielsku, doskonale rozumiał tekst.

To była piosenka o skrywanej miłości.

Słuchał jej w ciszy, aż w pewnym momencie poczuł delikatne szarpnięcie słuchawki. Odwrócił głowę i zobaczył Chi Fanga — zasnął, oparty o szybę, z zamkniętymi oczami. Przez to, że kabel słuchawek był zbyt krótki, jego końcówka zsunęła się i spoczęła na ramieniu Yu Mo.

Yu Mo sięgnął dłonią, ostrożnie zdjął obie słuchawki i chwycił telefon Chi Fanga, który niemal wypadł z jego dłoni. Droga była nierówna, autobus trząsł na wybojach, a głowa Chi Fanga raz po raz uderzała o szybę.

Kiedy Yu Mo wyciągnął rękę, z tylnego rzędu dobiegło ciche westchnienie.

Przewodniczący sekcji sportowej spojrzał w ich stronę — zobaczył, że Chi Fang zasnął, i już miał zaproponować, żeby przeszedł do ostatniego rzędu i położył się wygodniej, kiedy nagle przeszył go lodowaty wzrok. Zadrżał.

Chciał coś powiedzieć… ale zapomniał, co.

Yu Mo spojrzał na niego krótko, po czym ostrożnie ułożył Chi Fanga na swoim ramieniu. Przesunął się nieco niżej, żeby chłopakowi było wygodniej.

Widząc to, przewodniczący zrozumiał, że lepiej nie odzywać się więcej. Podrapał się z zakłopotaniem po nosie i usiadł z powrotem.

Chi Fang był chyba naprawdę zmęczony — poruszył się lekko, pomamrotał coś niezrozumiale, oparł się o ramię Yu Mo i zasnął na nowo.

Ze swojej perspektywy Yu Mo mógł dostrzec delikatne rzęsy Chi Fanga, jak wachlarz spoczywające na policzkach. Jego oddech był spokojny i cichy, rytmiczny i kojący. Po dłuższej chwili nawet Yu Mo poczuł się senny.

Nieruchomo trzymając lewe ramię, sięgnął po drugą słuchawkę i wsunął ją do ucha. Wsłuchał się w utwór, który nadal leciał z telefonu Chi Fanga…

…i nagle zamrugał.

Spojrzał z zaskoczeniem, po czym ostrożnie nacisnął ekran.

Angielska piosenka, która leciała na początku, nie wiedzieć kiedy została zastąpiona przez chiński utwór. Melodia była skoczna, tekst banalnie prosty. Yu Mo nie zdążył nawet wyłapać całej treści, gdy nagle zakończył się jeden kawałek, a rozpoczął kolejny.

Chi Fang nie ustawił trybu pojedynczego odtwarzania.

Yu Mo założył słuchawkę z powrotem, twarz miał jak zwykle bez wyrazu. Gdyby ktoś na niego spojrzał, pomyślałby, że słucha bardzo wyrafinowanej muzyki klasycznej.

Tymczasem w ciągu zaledwie półgodzinnej jazdy Yu Mo wysłuchał jedenastu różnych utworów — w tym po chińsku, po angielsku, po japońsku, a nawet jeden, w którym wokalista wykrzykiwał tekst tak niezrozumiale, że Yu Mo nie mógł wyłapać ani jednego słowa.

Kiedy autobus zbliżał się do szkoły, Yu Mo zdjął słuchawkę z ucha i zamyślił się głęboko.

Więc… Chi Fang lubi taką muzykę?

Zaczął poważnie rozważać, czy nie powinien wymienić płyt z muzyką klasyczną w domu na coś bardziej współczesnego. A jeśli Chi Fang kiedyś go zapyta… co jeśli uzna, że jego gust jest zbyt staroświecki?

Cattuccino

Wasze wsparcie sprawia, że mogę dalej poświęcać czas i energię na tłumaczenie opowiadań, które tak lubicie. Każdy gest, nawet najmniejszy, pomaga mi utrzymać stronę i rozwijać się w tym, co kocham robić. Jeśli doceniacie moją pracę i chcielibyście wesprzeć mnie w dalszym tworzeniu, serdecznie zapraszam do wpłacenia datku przez Ko-fi. Dzięki Wam mogę dostarczać kolejne rozdziały!

Dziękuję za Waszą życzliwość i wsparcie!

Dodaj komentarz